illusion of sense
[][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][]

                                


NAJNOWSZE TEKSTY
władza
popatrz
***
marzenie
podsłuchany r...
WSZECHŚWIAT
" "
Rozbudzenie
zapomniany
Ostatecznie

NAJNOWSZE GFX
       

NAJNOWSZE FOTO
       

WYLOSOWANE
TEKSTY
  bliżej nieba
  that's my trip
  mój Maksiu
  kinomaniacy
GRAFIKA  FOTO
    

NEWSLETTER
Nowości na Twój email

    adres:


Zapisanych: 263

LINKI
EUFONIA
wydawnictwo IOS
dustbox
niwidu.org
Sztuki Walki - BJJ
Magazyn .psd
implozja.pl
więcej odnośników

unexpected presences - 2004-07-09 - rattkin

... pociąg systematycznie turkocząc, zajadle pokonywał kolejne przestrzenie, gnając przed siebie, tam, gdzie skierował go maszynista. Był to raczej zwykły pociąg. Najzwyczajniejszy. Taki, na widok którego, mówimy : "o, pociąg!" ...właśnie taki.

Świat za oknem powoli przygotowywał się do pory wieczornej. Obraz gonił kolejny obraz, zamieniały się miejscami, tak, że ich treść kompletnie się rozmazywała. Dyszały, gdy pociąg przyspieszał, spazmatycznie brały oddech, gdy chwilowo zwalniał. Nieliczne promienie fantastycznie pomarańczowego półokregu przebijały się tu i ówdzie, znacząc swoją obecność jaśniejszymi plamami światła - na pagórkach, kamykach, kwiatach.
To mogła być wiosna. Lub lato.
Początek lata.

* * *

Siedział na jednym spośród wielu przedziałowych siedzeń - rozmarzony, podekscytowany. Kręcił się co chwila, najwyraźniej udając przed samym sobą, że jest opanowany. Wokół niego zalegał komiczny stos. Wlaściwie słuszniej byłoby powiedzieć, że bardziej to on był dodatkiem do tych pękatych toreb o dziwnych kształtach i plecaka, niż one jego - niech to nie zabrzmi ironicznie - "bagażem". Był młody. Miał może 20 lat. W jego oczach czaiło się coś, co nie pozwalało mi pomyśleć o nim "ktoś", a następnie zakopać nos w "Claudię" (przykrywka). Wzbudził moje zainteresowanie.
Odłożyłam magazyn i ukradkiem zerkałam.

* * *

Mył głowę. Wiem, nie myliście pewnie głowy w pociagu. Po tym, co zobaczyłam, sama mam ochotę sprobować - ostatecznie to nie jest aż takie nierealne. Chyba jednak brak mi było przebojowości, by zaregować wówczas zwyczajnie. Dlaczego o tej porze, dlaczego akurat w pociągu? Nie miałam pojecia. Zupełnie jak we śnie, woda, nie wiedzieć skąd, rozlewała się nagle nad jego głową. Obserwowałam płynące białe potoki szamponowej piany. Torowały sobie drogę wśród nierówności podłogi, smykały to w lewo to w prawo, by z dziką radością ostatecznie przemknąć w stronę dojrzanej szczeliny w posadzce - a później z głośnym pluskiem lądowały pod pociągiem. Mokre plamy znaczyły ich przemarsz. Podśpiewywał coś. Jakże zdziwiona niepospolitością sytuacji, burknęłam coś w stylu : "no wie Pan!".
Przerwał na chwilę i podniósł swoją upaćkaną twarz. Usmiechał się, patrząc przez chwilę na mnie.
To był uśmiech człowieka, który jechał na swój ślub.
Speszyłam się.

* * *

Toaleta zakończona. Przysnął. Tak samo nagle. Poczułam, że zaraz stanie się coś niebywałego. Plama pomarańczu padła mi na ułamek sekundy na twarz, a kawałki duszy ułożyły mi się w piekną układankę, choć wzoru wciąż jeszcze nie rozpoznawałam. To było tak wspaniałe uczucie, że pozwoliłam mu się ponieść. Do cholery, szalone, czy nie, czasem trzeba zrobic coś irracjonalnego, by przypomnieć sobie kim się jest i po co. W opowiadaniach i filmach zwyczajowo "olśnieniom" głównych bohaterów towarzyszą spektakularne gry świateł, a całość następuje jeśli nie na końcu, to przynajmniej za połową. To bzdura.
Po prostu nagle robi się cieplej w żołądku. I przeważnie w chwilach zupełnie absurdalnych.
Wiedziałam już co zrobię.

* * *

Mijaliśmy dworzec (---). Gdy wreszcie pociąg, po dzisięciominutowym postoju, ruszył dalej, on zerwał się nagle, ale zdążył jedynie odprowadzić oczyma napis na dworcu. W jego ruchach wyraźnie zauważyłam desperację. Był bardzo podenerwowany, więc pomyślałam, że warto by uspokoić go wiadomością o istnieniu także drugiej stacji w (---), gdyż widać było jak na dłoni, ze to tam właśnie zamierzał się udać. Nie dowierzał mi jakby, ale odetchnął z ulgą.
Siadł z rozmachem na swoim miejcu. Dziwny futerał brzęknął i szczęknął przenikliwie - więc to zapewne gitara skarżyła się na niedogodności podróży. Czyżby się przeprowadzał? A może tak jak ja postanowił zgromadzic wokół siebie wszystko to, co najcenniejsze i udac się tam, gdzie świat kocha go za delikatne dłonie i piękne oczy, nie za wypchany portfel? Błąkanie się wśród domysłów bawiło mnie. Zauważyłam, że właściwie teraz wszystko moze wprawić mnie w dobry nastrój.
Nie chciałam utracić tego stanu świadomości.
To było takie rozkoszne.

* * *

Gdy tylko pociąg począł zwalniać, porwał wszystkie toboły (moje mniemanie o tym ile człowiek w desperacji potrafi udźwignąć zmieniło się zupełnie) i przepychał się rozpaczliwie do wyjścia, wciąż nie ufając w szczęśliwe zakończenie. Wzięłam tylko plecak i wysiadłam za nim. Pociąg szybko ruszył, razem z nim moja torba : wełniane, gryzące swetry, grzeczna biała bielizna (bez koronek i fiszbin), ciasne spodnie. Do diabła z nimi - i tak nigdy ich nie lubiłam.
Tak wiele czasu było trzeba. Miałam jechać nad morze.
Tak wiele rzeczy teraz tak nagle straciło znaczenie.

* * *

Dostrzegł we mnie swoją szansę. Szybko przejęłam inicjatywę, oferując mu siebie za przewodnika. "I tak miałam iść w tym kierunku" - skłamałam niewinnie. Rozejrzałam się. Tę stację wybudowano niemal na pustkowiu, Dzikim Zachodzie. Piaszczysta droga, chrzęszczący żwir, jakieś tajemniczo zielone drzewa. Otwarte przestrzenie. Na swój sposób jednak było tu pięknie, spokój pulsował horyzontalnie i wertykalnie. Słońce wystawało może w jednej piątej swojej objętości. Cienie robiły się coraz dłuższe, wiosenne lub letnie ciemności wolały juz wkroczyć. Ale jak to o tej porze bywa - wiele minut jeszcze upłynie, nim przestanie się widzieć czubek nosa.
Odruchowo poprawiłam wlosy, fale brazu o nieokreślonym odcieniu.
Oblizał się.

* * *

Obrałam kierunek na chybił-trafił. Nie odzywaliśmy się. Nie mogłam oderwać od niego oczu. Jego umysł zaprzątała jakaś myśl, nie chciałam tego zakłócać, psuć mu tych medytacji. Póki to on nie zadawał pytań - było dla mnie wygodne. Jeszcze nie zastanawiałam się, co będzie jak mnie opuści.
Co jakiś czas nieostrożnie uderzał tą swoją chyba-gitarą o wystające kamienie, czy ziemię. Brzęczała żałośnie. Po każdym takim incydencie, zrozpaczony otwierał futerał, dokonywał oględzin, dotykając jej z czułością i mrucząc pod nosem. Takie przerwy były dość irytujące, ale jeśli wcześniej zapełgała mi propozycja pomocy przy bagażach - to teraz znałam już jego na nią odpowiedź. Swoich ukochanych pamiątek nie powierza się nikomu.
Czasami jedynie dzieli się nimi na krótko.

* * *

Wymienialiśmy zdawkowe uwagi o pogodzie i innych mało konkretnych rzeczach. Przedzieraliśmy się teraz przez mały lasek. "Na pewno dobrze idziemy? Czy to daleko?" - w jego głosie znów usłyszałam nutkę paniki. Zanim zdążyłam wymyśleć jakąś maskującą odpowiedź, przed nami wyłonił się ni to plac ni boisko, który na dużej szarej ścianie wielkimi wołami miał wypisane "(---)". Zdawało mi się, że .... ale postanowiłam za wszelką cenę nie dziwić się, widząc, że i jego to nie dziwi. Po prostu poszedł dalej. Chyba wiedział już gdzie iść - nie był tu po raz pierwszy. Z minuty na minutę zaczynałam czuć się coraz bardziej obco, nie przynależąca do tego miejsca. Zdrowy rozsądek dobijał się drzwiami i oknami.
Zatrzasnęłam je mocniej.

* * *

Weszliśmy na drogę. Uwielbiam takie drogi - ziejące asfaltem, idealnie czarnym. Proste i sięgające aż po horyzont. Zapraszające do jakiejś nierealnej przygody, z niebezpieczeństwami i ogromnym skarbem u celu. Nasze szuranie pewnie słychać było na samym jej końcu. Jeśli takie drogi w ogóle mają koniec i początek. Zapragnęłam poczuć nagimi stopami fakturę nawierzchni - buty trzymałam w ręku. Powiedział coś niewyraźnie, rozbawiony. Ta metafora z przygodą wcale nie jest taka bajkowa - pomyślałam. Chciałam powiedzieć mu coś, choćby przekazać to nowe wrażenie lekkości, ale od niego biła znacznie większa energia. Słowa są czasem takie nietrafione, wspólny szlak, idea - budują nam nowe słowniki.
Niekonieczne zawierające słowa.

* * *

Po pewnym czasie usłyszeliśmy głosy. Obróciliśmy się razem, zderzając się. Uśmiechy zażenowania, spojrzenie w tym samym kierunku. Dwie sylwetki zbliżały się do nas. Jakaś dziewczyna biegła obok drugiej, powoli pedałującej na rowerze. Ukłuł mnie strach. Do tej pory miałam tego cichego nicponia z świeżo umytymi włosami na własność. W naprędce stworzonym świecie pojawił się znienacka ktoś jeszcze. Bałam się, że wszystko nagle runie, a ja odkryję, że stoję z brudnymi stopami na ciepłym asfalcie, w nieznanej miejscowości - abosolutnie sama.
Zamarłam.

* * *

Rozszerzył oczy ze zdumienia (może radości?) i zawołał dziewczyne (tę biegnącą), chyba przydomkiem. Musieli się znać, przynajmniej pobieżnie. Podbiegł do niej z całym majdanem i gorączkowo o coś wypytywał. Wskazała ręka kierunek. Coś zagrzmiało nad nami i spostrzegłam, że słońce staje się czarne, coraz czarniejsze... coraz bardziej... serce tłukło mi się niemiłosiernie.....łup-łup łup-łup.....łup-łup łup-łup.....łup-łup łup-łu...odkrzyknął coś i wrócił do mnie. Dziewczyny pojechały dalej. Słońce przybrało swój dawny kolor. W tej postaci o wiele bardziej mi się podobało. Zdawał się być uradowany. Co on czuł? Czy lubił lody czekoladowe? Jak się nazywał? Nawet nie zapytałam go o imię...
Czy wiedział jak niewiele brakowało, a sprawiłby... wlaściwie co? ból? Wolałam nie wiedzieć.
Znów syciłam oczy jego obecnością. W tej chwili nie mogłam bez niego istnieć.
Poszliśmy dalej, podążając za wyciągniętą dłonią dziewczyny.

* * *

Uspokajałam się. Zbliżaliśmy się do jakiegoś skrzyżowania. W jednym jego rogu kilka osób krzątało się, jakby przy żniwach czy zasiewach. Spierali się o coś. To były trzy dziewczyny (ładniejsze ode mnie! - poczułam zazdrość) i dwóch chłopakow. Jeden, murzyn, siedział na wielkiej maszynie i domagał sie kolejnych poleceń od stojącej pośrodku tego rabanu wiotkiej dziewczyny, z zaróżowionymi policzkami i kruczoczarnymi włosami, które od potu, zwinęły się w śmieszne kędziorki. Wydawała się niezdecydowana, ale stanowczym głosem wydała jakiś rozkaz. Maszyna ruszyła bezgłośnie. Drugi chłopak (o ptasiej twarzy) przepraszającym tonem obiecywał "że już będzie grzeczny", unikając ręki jasnowłosej dziewczyny, która głośnym krzykiem wytykała jakieś przewinienia. To bylo całkiem wesołe, mimo że nie miałam pojęcia o co tutaj chodzi, mój towarzysz najwyraźniej także. Była tam jeszcze trzecia dziewczyna, której zielone oczy błyszczały na tle żółtego piasku. Trochę do mnie podobna, zwłaszcza włosy. Z konsternacją próbowała reagować, zapanować nad sytuacją, ale jedynym tego efektem były urywane ruchy dłońmi i ustami. Gdy go zobaczyła, krzyknęła przenikliwie i podbiegła, ale dokładnie w tej chwili piorun przeciął niebo i nie dowiedziałam się, czy nie było to przypadkiem jego imię.
Wszyscy ucichli i spojrzeli na nas. Podeszli do niego, ucieszeni. Przynajmniej na twarzach.
Byłam ciekawa co się stanie.

* * *

To tej trzeciej rzucił się w objęcia, puszczając wszystko. Promieniowała od niego euforia, od niej - niepokój, zdziwienie, zamaskowane uściskiem. Dziwiłam się, skąd to wiem. Patrzyła na mnie pustym wzrokiem. Nikt nie odezwał się do mnie ani słowem. Odniosłam wrażenie, że radość z jego przybycia nie jest tak powszechna, jakby to miał sugerować tamten pierwszy krzyk. Szybko poznałam powód.
- "A.. ale.. masz...masz..gdzie spać?" - wyjąkała nieśmiało czarna drobinka.
Drugi piorun przeszył czarną taflę nieba. Pociemniało. Obserwowałam grę emocji na jego twarzy. Zupełnie nie zdawał sobie sprawy z tak przecież błahej rzeczy, jak miejsce do marzeń - tam gdzie się znajdzie. Pochłonięty celem , zapomniał o ...
Osunął się na ziemię, a ja poczułam koszmarny ból w środku.

* * *

W jednej chwili cała jego energia, która rozlewała to miłe ciepło we mnie - zniknęła, rozpłynęła się w nicość. Zaszlochał, oszukany, pokonany, samotny, wśród nierozumiejących. Zielonooka objęła go nieporadnie. Tamci gorączkowo debatowali nad czymś. On ginął na moich oczach. Nie mogłam do tego dopuścić. Zamknęłam je. Gdy otworzyłam - czas się zatrzymał. Zatrzymał się specjalnie dla mnie. Wyglądali śmiesznie, zamarli w swych pozach, z pół-otwartymi ustami. Podeszłam do niego i schyliłam się, ujmując delikatnie jego głowę w dłonie. Spojrzałam mu w oczy. Pocałowałam go delikatnie w policzek i odbiegłam. Trzeci grzmot rozlał się po okolicy. Łzy przestały cieknąć po jego twarzy. Wszystko ożyło. Temperatura w brzuchu znów się podniosła.
Wiedziałam już jaka była moja rola.

* * *

Z szczelin na plecach wystrzeliły dwie wiązki, ktore zamieniły się wszystkimi barwami snu, rozciągnęły jak japońskie wachlarze i zmieniły w przepiekne, duże motyle skrzydła. Roześmiałam się głośno, bardzo głośno, mój śmiech sięgał histerycznych spazmów szczęścia, rozchodził się coraz głośniej i głośniej. Zatrzepotałam moimi skrzydłami, które przecież miałam od zawsze. Tańczyłam, krzycząc i śpiewając w jakimś nieznanym jezyku, który wydawał mi się akurat teraz najbardziej odpowiedni. Obłędny taniec magicznych derwiszy! Aaaaaaaa aa aaa aa a! Wirowałam! Wirowałam na piasku! W tym pędzie zniknąl mi z oczu. Skoczyłam!! Skoczyłam naprzód i..i....

...i ocknęłam się, przebudzona turkotem pociągu, który zajadle pokonywał kolejne przestrzenie, gnając przed siebie, w sobie tylko znanym celu. Słońce delikatnie pieściło promyczkami jego twarz, pogrążoną w śnie, ubarwioną lekkim uśmiechem.
Spojrzałam na zegarek - za 5 minut, według rozkładu, mieliśmy dotrzeć do (---). Przez chwilę walczyłam z wszechogarniającym uczuciem zatrzymania go dla siebie. Ziarenka piasku, cztery malutkie kamyczki, spadły z mojej szyi, gdy wstawałam i leciutko osiadły na siedzeniu.

"- Proszę się obudzić, już czas!" (Istotnie, przed nami wyłaniały się pierwsze zabudowania).

Drgnął, wystraszony. Gdy mnie zobaczył, uśmiechnął się szeroko i odetchnął. Zaczął się ubierać i zgarniać wszystkie pakunki.
Wyglądał słodko. Gdy wysiadał dostrzegłam swoje odbicie w jego oczach, razem z dziwnym błyskiem.

"- Niech pani idzie do końca tej drogi. Tam naprawdę jest skarb" - powiedział cicho, stojąc już na dworcu.

Nie zrozumiałam. Nie probówał nawet zgadywać skąd wiedziałam, że przespałby swoją stację.
Przypadki są niesamowicie podniecające.
Zawiadowca gwizdnął przeraźliwie. Pociąg ruszył.

* * *

Nie czułam żalu. Rosła we mnie potega. Czułam jakbym dostała skrzydeł. Nie mogłam tylko znaleźć butów.
Ktoś musiał je świsnąć, gdy spałam.



Komentarze(3)   Skomentuj< poprzedni (little overdosed empathy)  następny (zreForumowany) >