illusion of sense
[][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][]

                                


NAJNOWSZE TEKSTY
władza
popatrz
***
marzenie
podsłuchany r...
WSZECHŚWIAT
" "
Rozbudzenie
zapomniany
Ostatecznie

NAJNOWSZE GFX
       

NAJNOWSZE FOTO
       

WYLOSOWANE
TEKSTY
  A JA DO DNA
  wyrwana...
GRAFIKA  FOTO
    

NEWSLETTER
Nowości na Twój email

    adres:


Zapisanych: 263

LINKI
EUFONIA
wydawnictwo IOS
dustbox
niwidu.org
Sztuki Walki - BJJ
Magazyn .psd
implozja.pl
więcej odnośników

Edward - 2004-09-08 - hominus

      Ciężkie krople deszczu głośno rozpryskiwały się na przedniej szybie samochodu. Wycieraczki hipnotyzującymi ruchami rozmazywały lekko obraz nocy i drogi, oświetlonej przednimi reflektorami i jaskrawym blaskiem księżyca w pełni. Ciemność wewnątrz pojazdu burzyły tylko podświetlona deska rozdzielcza oraz odblaski świateł wyprzedzanych samochodów, migające co rusz w tylnym lusterku.
      Palce kierowcy nerwowo wybijały jednostajny rytm na kierownicy, by, co jakiś czas, zacisnąć się na drążku zmiany biegów. Stopy w automatyczny niemal sposób przydeptywały raz sprzęgło, raz gaz. Asfalt, przecięty białym pasem, odchodził w przeszłość z prędkością grubo ponad 180 km/h. W głowie trzydziestopięcioletniego mężczyzny myśli przelatywały z milion razy szybciej: "Czy to był on?", "To nie może być prawdą", "Dlaczego nie odebrała?", "Już niedaleko, kilka zakrętów...". Za każdym razem, gdy tura pytań zaczynała się od nowa, stopa mocniej dociskała pedał gazu...

                    * * *
      Kwadrans temu odebrał telefon. Niski, lekko zachrypnięty głos, płynący ze słuchawki, oznajmił: "Edward? Przyjedź do domu, mama nie żyje." Był zdruzgotany. Wybełkotał tylko: "Już jadę", zanim jego rozmówca się rozłączył. To wszystko wydawało się nieprawdopodobne - pięć lat temu jego ojciec, a teraz matka. Przed oczami wciąż miał jej twarz, okrytą czarnym woalem, a wewnątrz tę chłodną pustkę, jaką zostawił po sobie ojciec.
      Zajęło mu to chwilę, nim doszedł do siebie. Rozbiegany wzrok na ułamek sekundy zatrzymał się na wyświetlaczu telefonu, znajdując tam potwierdzenie najgorszych obaw - numer telefonu do domu rodziców.
      Jakaś część jego, nie chcąca przyjąć do wiadomości tego, co się stało, kazała mu tam zadzwonić - dla pewności. Wystukał na klawiaturze znany ciąg cyfr. Chwila ciszy..., sygnał..., nic. Nikt nie odebrał - przez cztery długie minuty, rozciągnięte w wieczność. Pewna myśl nie dawała mu spokoju, wręcz przeciwnie, napełniała jego umysł niepewnością, budząc z minuty na minutę coraz większe przerażenie. Mimo, że starał się ją odpędzić, wciąż powracała.
      Choć na dworze padało, wybiegł na zewnątrz tylko w podkoszulku. Wsiadł do samochodu i ruszył z piskiem opon. Nie pamiętał nawet, czy zamknął drzwi, pogasił światła. Teraz to wszystko było nieistotne, poza jego umysłem. Wjeżdżając na szosę miał w uszach ten głos, złowrogi, smutny i...znajomy. Głos jego ojca...

                   * * *
      W monotonny szum deszczu wdzierał się krzykliwy dźwięk dzwonka. Pół minuty, minuta... Wreszcie za drzwiami zazgrzytał zamek. Ciężkie, drewniane skrzydło uchyliło się, cicho skrzypiąc z wysiłku. Edwardowi wydawało się, że tuż przed nim otwarły się czarne czeluście piekieł. Przez kilka sekund czuł, jak całe jego ciało pulsowało razem z sercem. Nagle mrok rozświetliła jasna żarówka, a z rozdartej ciemności wychyliła się twarz... matki - zaspana, groteskowo wykrzywiona, ale jak najbardziej żywa.
- O, Edward! Wejdź, dziecko, do środka. Pewnie zmokłeś - kobieta przecierała ręką sklejone snem oczy. - To pewno coś bardzo ważnego, skoro wpadasz tu o pierwszej w nocy - uśmiechnęła się ciepło...

                   * * *
      Stary ścienny zegar dostojnie odmierzał czas - w powietrzu drgały tyko miarowe dźwięki towarzyszące ruchowi jego najdłuższej wskazówki z chaotycznym dzwonieniem kropli deszczu, tłukących w metalowy parapet, w tle. Matka z synem siedzieli przy stole.
- Dzwoniłem, nie odbierałaś. - rzekł Edward - Nie było cię w domu?
- A gdzie niby miałabym się włóczyć, w taki deszcz? - spytała kobieta, z uśmiechem pełnym litości - Pewnie, że byłam w domu.
- Ale przecież... - pochylił się i rozmasował palcami skronie.
- Wiem, już mówiłeś, że dzwoniłeś - odparła spokojnie - ale ja na prawdę nic nie słyszałam, a przecież byłam tu cały czas - dodała.- Może tylko ci się wydawało. Jesteś ostatnio przemęczony. Jak cię znam, za dużo pracujesz. Pewnie dlatego tak rzadko tu wpadasz - w jej głosie było słychać lekki wyrzut.
      Podniósł energicznie głowę i spojrzał jej prosto w oczy.
- Tata... -zawahał się -Tata też dziś do mnie dzwonił... z tego numeru.
Twarz matki nagle stała się poważna. W jej oczach pojawiła się troska.
- Zostań na kilka dni. Odpoczniesz, to ci dobrze zrobi. - podniosła się z krzesła - A teraz idź spać.- odwróciła głowę, by nie widział jej twarzy.
      Chciał coś powiedzieć, ale przerwała mu ruchem dłoni.
- Jutro. Jutro wszystko wyjaśnimy.- Po chwili rzekła - Nie cieszysz się, że stara matka jednak nie wybrała się na tamten świat? - uśmiech pojawił się w kąciku jej ust.
- Jasne, że się cieszę - spojrzał w jej radosne oczy - Nawet nie wiesz, jak bardzo - wstał i przytulił ją.

                    * * *
     Śniło mu się, że jest w swoim rodzinnym domu. Ma znowu siedem lat i bawi się z ojcem w chowanego. Biega po mieszkaniu wołając: "Tato, gdzie jesteś?" na co ojciec odpowiada krótkimi nawoływaniami. Jak błyskawica przelatuje przez pokój gościnny, kuchnię. Głos ojca zdaje się być coraz bliżej, słychać go coraz wyraźniej. Malec staje na progu przedpokoju, wypełnionego dokładnie ciemnością. Powoli, niepewnie stawia kroki, idąc w stronę sypialni.
- Tato? - pyta cicho, drżącym głosem.
- Tutaj Edi - odpowiada szept.
      Chłopiec podchodzi do łóżka. Leży na nim żółtoblady mężczyzna. Dookoła palą się świece. Ten człowiek to jego ojciec, ale nie ten, z którym przed chwilą się bawił. Edward ma wciąż siedem lat, a ojciec... wygląda dokładnie tak, jak w dniu śmierci. Ma zamknięte oczy, dłonie splecione na brzuchu. Chłopak wyciąga rękę, dotyka zimnych palców mężczyzny. Gdy pochyla się nad jego twarzą, do oczu zaczynają mu napływać łzy.
- Ta..to... - niepohamowany atak płaczu sprawia, że słowa stają mu w gardle. Przez ciemną ścianę smutku patrzy wciąż na ojca. Od łóżka bije dziwny chłód.
     Nagle powieki zmarłego rozchylają się szeroko i spoglądająca w sufit twarz przemawia szeptem:
- Edward! Matka nie żyje...
     Słyszy czyjeś kroki za plecami. Chce uciec z pokoju. Obraca się i upada. Dywan jest dziwnie miękki, puszysty, zaczyna wciskać mu się do gardła, tłumiąc krzyk. Wciąż słyszy czyjeś kroki. Ktoś idzie w jego kierunku...

                 * * *
     Obudził się zlany potem. Podnosząc głowę z miękkiej poduszki, językiem wypchnął z ust kawałek kołdry. Przetarł oczy palcami wskazującymi i usiadł na łóżku, opierając się o ścianę.
      W pokoju było już tylko słychać maszerującą po cyferblacie wskazówkę zegara... i coś jeszcze. Dźwięk, który na początku zlewał się z ospałym tykaniem , ale teraz stał się bardziej wyraźny. Miarowy odgłos... kroków. Edward wytężył słuch, ale skrzypienie desek wywołane ciężarem czyichś stóp nagle ustało.
      Wtem dało się słyszeć coś, co przypominało jakąś nieskomplikowaną muzykę. Pozytywka? Komórka? - w jednej chwili Edward uzmysłowił sobie, co to za dźwięk i gdzie ustały kroki - ktoś przy telefonie właśnie wybierał numer.
      Wstał z łóżka i, nie zapalając światła, zaczął skradać się do przedpokoju. Gdy był tuż przy otwartych drzwiach, wszystko ucichło. Pozostał tylko mrok, który nigdy nie rozstawał się z tą częścią domu. Niepewnie zajrzał przez próg. Czerń wypełniała pomieszczenie po niewidoczne brzegi. Nie wiedział tego na pewno, lecz zdawało mu się, że poza nim, nikogo tu nie ma. Jednocześnie czuł w powietrzu pewne napięcie, niepokój, który teraz wlewał się do jego wnętrza. Kątem oka dostrzegł ciemny kształt, przesuwający się powoli, w dół po szybie kuchennej. Dzwonek telefonu rozdarł ciszę. Zdecydowanym ruchem ręki podniósł słuchawkę.
- Edward? - to znów był zachrypnięty głos jego ojca - Gdzie jesteś? Dzwonię do ciebie, a ty nie odbierasz - był, jak zwykle w takich sytuacjach, poirytowany.
- Tato, jestem w domu, - odpowiedział niepewnie - w naszym domu - dodał podkreślając wyraz "naszym". - Wieczorem mówiłeś mi, że mam przyjechać, bo mama...
- Oj synu, - przerwał mu niecierpliwie. - Na żarty ci się zebrało. Nie możesz być w naszym domu, bo przecież bym cię tu spotkał.
     Poczuł się znów jak kilkunastoletni chłopak, któremu rodzic udziela reprymendy:
- Tato, z mamą wszystko w porządku...
- A mogłoby być inaczej? - wtrącił ojciec.
- Przecież... mówiłeś mi, że mama umarła, a ty... ale to ty nie żyjesz. - odparł słabnącym głosem.
- Edward! - poruszył się ojciec - Chyba już kompletnie zwariowałeś! Matka mi mówiła, ale ja nie chciałem wierzyć. Ona twierdzi, że to przemęczenie - zamilkł na chwilę. - Niech jej będzie - dodał spokojniej - W takim razie odpocznij, zadzwonię jutro - i odłożył słuchawkę.

                   * * *
      Siedział w kuchni, popijając gorącą herbatę. Promienie porannego słońca tańczyły wesoło na podłodze - jak za dawnych czasów. Pomyślał, że chociaż to jedno się nie zmieniło. Usłyszał, jak matka otwiera drzwi i zauważył jej zdziwienie, gdy go dostrzegła.
- Co tak wcześnie na nogach? - spytała z właściwym sobie uśmiechem.
- Nie mogłem zasnąć - przetarł zmęczone oczy - Miałem zły sen i...
      Opowiedział jej o tym, co go spotkało w nocy. Widząc jej zatroskaną minę, zakończył:
- A najgorsze jest to, że prawie przekonał mnie o tym, że zwariowałem, ale przecież on...
- ...miał rację - dokończyła beznamiętnie, a widząc w jego oczach zaskoczenie, dodała - kimkolwiek był. Bo na pewno nie był moim mężem - powiedziała głośno i wyraźnie. W tej samej chwili do kuchni wszedł ojciec Edwarda, wyglądający tak, jak mógłby dziś wyglądać, gdyby nie odszedł przed pięcioma laty. Kubek z herbatą wyśliznął się z ręki syna i z hukiem roztrzaskał o podłogę.
- Chyba zwariowałeś, mój drogi. - zażartowała kobieta - Kto to widział, żeby uśmiercać własnego ojca? - rzekła do męża. Oboje zaczęli się śmiać.
      Edward poczuł, że robi mu się zimno, obraz stawał się niewyraźny - wytłumaczył to sobie zmęczeniem. Nagle w środku, w okolicach żołądka poczuł przyjemne ciepło. Jego ciało bardzo szybko opanowywała... radość? Właśnie odzyskał ojca. W tej jednej chwili poczuł się tak, jakby wreszcie obudził się z długiego, nieprzyjemnego snu. Kręciło mu się w głowie i miał wrażenie, że tak naprawdę jego życie gdzieś, kiedyś się urwało, zgubiło i dopiero dzisiaj wracało na właściwy tor. Ostatnie pięć lat, straconych lat, musiało istnieć gdzieś poza rzeczywistością.
- Teraz to i tak nie ważne - pomyślał. Z kącików oczu zaczęły płynąć łzy - najpierw nieśmiało, później niczym już nie wstrzymywane. Rzucił się na szyję kompletnie zbitemu z tropu ojcu.
      Życie odzyskało swój utracony sens, teraz wszystko już było w porządku, wszystko było jak dawniej.
      Skoro los dał mu jeszcze jedną szansę, zostanie tu z rodzicami, choć przez kilka dni, nacieszy się ich obecnością. W końcu nie często traci się i odzyskuje rodziców.
Właściwie chyba nigdy.

                   * * *
      Wydarzenia minionego dnia wciąż kołatały się po jego głowie, nie pozwalając zasnąć. Wiedział, że w ciągu jednej doby nie da się nadrobić pięciu lat życia. Jednak miał jeszcze trochę czasu. Rozmawiał z ojcem bardzo długo, dopiero grubo po trzeciej w nocy matka wyperswadowała im rozmowy do białego rana.
- Jeszcze zdążycie się sobą nacieszyć - zapewniała, a Edward, bojąc się, że to tylko kolejny sen, który pryśnie, jak bańka mydlana, gdy tylko otworzy jutro oczy, starał się koncentrować na każdym niemal słowie ojca, pragnął przeciągać każdą, spędzoną z nim chwilę w nieskończoność.
     Teraz, gdy uśmiechnięty i wciąż jeszcze rozbudzony leżał w łóżku, pod jego przymkniętymi powiekami przewijały się dzisiejsze wydarzenia. Cofał w myślach obrazy, zmieniał ich kolejność, oglądał w zwolnionym tempie i zatrzymywał, by nie pozwolić choćby najdrobniejszemu szczegółowi uciec z pamięci. Wreszcie, gdy umęczone ciało głośno zaczęło domagać się od umysłu zasłużonego odpoczynku, a marzenia senne, przenikając potajemnie do świata wspomnień, zniekształcały je, mężczyzna zasnął.

                   * * *
     Znów miał ten sen. Tym razem jednak coś się zmieniło. Znów pochylał się nad ojcem, zalany łzami i ojciec znów otworzył martwe oczy. Ale nic nie powiedział. Spojrzał tylko na pogrążonego w smutku syna, wyciągnął rękę i pogłaskał malca po głowie.
- Nie płacz... - szepnął z uśmiechem -...znowu jesteśmy razem... - palce ojca zaczęły dziwnie zaciskać się na jego karku - tym razem na zawsze - dokończył i przycisnął swe szeroko otwarte usta, do ust syna. Chłopak próbował się wyrwać, czując jak lodowate zimno wlewa się do jego płuc. Chciał krzyczeć, uciekać, ale czuł, że zaczyna się dusić. Przed oczami robiło mu się coraz ciemniej, było coraz zimniej...

                   * * *
      Skulony w pozycji siedzącej, próbował złapać oddech. Było mu zimno, ciałem wstrząsały dreszcze. Choć miał otwarte oczy, resztki snu ciągle krążyły po jego umyśle, wciąż czuł chłód ust ojca. Wstał i poszedł do łazienki. Przedpokój był teraz jeszcze bardziej posępny niż zwykle. W nieoświetlonych kątach czaił się strach - mieszkał tu od zawsze. Wyobraźnia przejmowała kontrolę nad rozsądkiem i podszeptywała myśli, potęgujące przerażenie. Mógłby przysiąc, że słyszał te szepty. Nagle - dzwonek telefonu. Zawahał się, lecz po drugim, wyciągnął trzęsącą się rękę i podniósł słuchawkę.
- Twoi rodzice nie żyją - powiedział znów ten sam głos.
- Odejdź! - wydusił przez zaciśnięte do bólu zęby i rzucił słuchawką. Głos wciąż jednak rozbrzmiewał w jego uszach, jak gdyby zagnieździł się w jego głowie.
- Dosyć! - krzyknął, padając na kolana - Milcz! - próbował zatykać sobie uszy.
      Nagle usłyszał skrzypienie desek. Ktoś szedł w jego stronę. Odgłos kroków zbliżał się. Chciał przed nim uciec, ale nie miał dokąd. Kroki ustały na chwilę, a zaraz potem drzwi powoli zaczęły się otwierać. Zamknął oczy i schował głowę między kolana. Strach, wypełzający z gęstej ciemności, oplatał jego ramiona, trzymał go za kark, wyrywał mu z piersi oszalałe serce...
- Edward? - to był głos jego matki.
     Rzucił się w jej ramiona, jak gdyby tylko one potrafiły go ochronić przed...
- To znów on! - wykrztusił - Mówił, że nie żyjecie! Mówił, że... - rzucał skrawki zdań - On jest chory, On...
- ... miał rację - dokończyła kobieta. Jej słowa były beznamiętne, były... chłodne, tak samo chłodne jak jej ciało.
      Odepchnął ją ze strachu. Zatoczyła się, lecz nie upadła. Zatrzymała się na krześle i, gdy prostowała ciało, ujrzał w świetle księżyca jej bladą twarz.
- Ten człowiek nie kłamał, Edwardzie. My nie żyjemy. - powiedziała spokojnie, bez uśmiechu - Ty też - dokończyła.
      Chciał krzyczeć, lecz uczucie, że przerażenie miażdży jego płuca, zmieniło krzyk w głośny, urywany skowyt...

                   * * *
- Dziecko płacze - nie wiedziała, czy usłyszała płacz, czy raczej wyczuła go instynktownie. Deszcz za oknem zagłuszał wszystko, ale ona nie miała wątpliwości.
      Podniosła się z łóżka i poszła cicho do pokoju obok. Zapaliła światło. Malec okropnie wrzeszczał. Poduszeczka była cała mokra od łez. Wzięła go na ręce i zaczęła uspakajać, przytulając do piersi.
- Nie płacz -szeptała - mama jest przy tobie.
     Po chwili do pokoju wszedł zaspany mężczyzna. Pogłaskał po głowie żonę, a potem ucałował dziecko.
- Głodny czy narobił? - zapytał cichym szeptem.
- Ani jedno, ani drugie - odparła kobieta, przesuwając rękę po pupie niemowlaka. - Chyba po prostu przyśniło mu się coś złego.
Mężczyzna ziewając pokiwał głową:
- Oj, Edi, Edi wpędzisz nas kiedyś do grobu.



Komentarze(6)   Skomentuj< poprzedni (Autobus)  następny (Najlepszy w swoim fachu) >