illusion of sense
[][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][]

                                


NAJNOWSZE TEKSTY
władza
popatrz
***
marzenie
podsłuchany r...
WSZECHŚWIAT
" "
Rozbudzenie
zapomniany
Ostatecznie

NAJNOWSZE GFX
       

NAJNOWSZE FOTO
       

WYLOSOWANE
TEKSTY
  Jak to napraw...
  małgorzata sw...
  Wyznanie wiary
  unexpected pr...
GRAFIKA  FOTO
    

NEWSLETTER
Nowości na Twój email

    adres:


Zapisanych: 263

LINKI
EUFONIA
wydawnictwo IOS
dustbox
niwidu.org
Sztuki Walki - BJJ
Magazyn .psd
implozja.pl
więcej odnośników

para(no)ja - 2004-10-18 - gish

Budzę się łapczywie chwytając powietrze. Prześcieradło owinęło mi się dookoła nóg, próbując mnie unieruchmić. Poduszka próbowała odciąć dopływ powietrza. Strząsam z siebie pozostałości senne i ruszam chwiejnie w kierunku łazienki. Siadając na kiblu od razu wyobrażam sobie szczury kanałowe, ohydne gady, płazy, robactwo. Setki bakterii. Tylko czyhają aż usiądę, by mnie zaatakować. Szczoteczka do zębów boleśnie twarda, rani dziąsła. Połykam poranną tabletkę uspokajającą, przeczuwając, że za chwilę utknie mi w przełyku. Popijam wodą, która na pewno chce wypełnić moje płuca. Sięgam ostrożnie po pieczywo krojone. Druga ręka chwyta ser w plasterkach, masło i plastikowy nóż, któremu papierem ściernym całkowicie starłem ząbki. Mimo wszystko boje się, gdyż przewiduję jego rychłą zemstę na moich tętnicach. Woda w czajniku wrze, próbując przez otwór wlewu wyskoczyć i mnie oparzyć. Poranna kawa oczywiście może być za gorąca. Może spowodować rany przełyku i krtani, przez co zatkają się kompletnie drogi oddechowe. Na wszelki wypadek dolewam więcej zimnego mleka. Oczywiście z kartonika. Nie ufam ostrym krawędziom aluminiowych puszek. Przeżuwam długo. Kęs za kęsem. Przez przełknięciem każdego jestem niesamowicie skupiony na tej czynności. Popijam kawą, która przez nadmiar mleka szybko stała się zimna. Zagrożenie jest mniejsze. Ubieram się szybko. Jeden z wielu podobnych zestawów. Szary garnitur, biała koszula, krawat. Wymagają tego w biurze. Wiążąc krawat myślę jednak tylko o tym, jak złośliwie zaciska się niczym wąż na mojej szyi. Odbiera powietrze. Koszula złośliwie uwiera przy nadgarstkach i czuję, jak dłonie bieleją z niedokrwienia. Zamykam mieszkanie i przechodzę obok windy. Jej czarny szyb kusi upadkiem z sześciu pięter i rychłą śmiercią. Podchodzę do schodów i od razu kurczowo chwytam poręcz. Jednak ta może przecież być obluzowana. Może odpaść i utracę oparcie. Schodząc ostrożnie patrzę pod nogi. Czy jest ślisko? W myślach już prawie widzę jak złośliwe zęby metalowych stopni przegryzają mój kręgosłup. Otwieram drzwi wejściowe. Ostrożnie, bo szyba w drzwiach wygląda jakby chciała wypaść prosto na mnie. Skrzypi lekko. Rwie się do tego, by w deszczu odłamków zaatakować moje oczy, usta, dłonie. Rozglądam się dookoła w poszukiwaniu zagrożeń. Od przystanku autobusowego dzieli mnie kilkanaście metrów chodnika. Boję się rozpędzonych rowerzystów i dzieci na wrotkach. Mała dziewczynka z dwoma warkoczykami skacze na skakance. Czuję, że mijając ją skakanka zaczepi o moje nogi. Przewrócę się bezwładnie, a krwiożerczy beton chodnika dokończy dzieła rozbijając mi głowę. Ławka przy przystanku aż drży od setek drzazg, które mają tylko jeden cel. Spowodować zakażenie, a w rezultacie amputację. Nie siadam. Na przystanku nie ma na szczęście nikogo. Ludzie są zbyt nieprzewidywalni. Gdy podjeżdża mój autobus instynktownie robię dwa kroki wstecz. Wchodzę szybko, by nie utknąc pomiędzy zamykającymi się drzwiami. Siadam z przodu. Po chwili przenoszę się dalej, na środek, gdzie ryzyko śmierci przy zderzeniu jest o kilka procent niższe. Unikam kontaktu wzrokowego z kimkolwiek. Tyle teraz szaleńców i psychopatów na ulicach. Wychodzę ostrożnie trzymając się poręczy obiema rękami. Istnieje duże prawdopodobieństwo złamania nogi na wysokich stopniach, wzmagam więc ostrożność. Moje biuro znajduje się kilkanaście metrów od przystanku. Trzeba jednak najpierw przejść przez niewielki park. Najgorsze są biegające wszędzie psy. Wszystkie wydają mi się wściekłe i tylko czekające na dogodny moment by rzucić mi się do gardła. Zwykłe ugryzienie w kostke jeśli mają wścieklizne też byłoby dla mnie fatalne. Podskakuję gdy czarny jamnik wybiega z trawnika na chodnik. Instynkt nakazuje zasłonić się. Chowam się więc za swoją teczką i próbuję wyminąć go nie narażając się na niebezpieczeństwo. Bestia na szczęście pobiegła dalej, w kierunku leżącej na trawniku czerwonej piłeczki. Podchodzę do wejścia i naciskam ostrożnie klamkę. W środku mogę na chwilę odetchnąć. Byle nie zbyt głęboko, bo grozi to zachłyśnięciem które prowadzi do uduszenia. Mijam automat do kawy, przechodzę przez recepcję i wciskam przycisk przywołujący windę. Niestety tu nie ma schodów, zresztą wchodzenie na piętnaste piętro jest też bardzo ryzykowne. Boje się najbardziej, że w mój biurowiec uderzy samolot, albo wybuchnie gdzieś gaz i naruszy konstrukcję nośną. Często w snach widzę jak wszystko się wali. Budzę się w momencie kiedy uderzam o ziemię a na moje bezwładne ciało spada kilka ton gruzu. Winda oznajmia swoje przybycie cichutkim “ping”. Czekam, aż drzwi otworzą się całkowicie i ostrożnie wchodzę do środka. Wciskam numer piętnaście i zamykam oczy. Dłonie zaciskają mi się w pięści a po karku spływa kilka kropelek potu. Wysiadam notując sobie w myślach fakt, że siedemsetpięćdziesiątyósmy raz winda nie spadła. Podświadomie przeliczam więc prawdopodobieństwo awarii według średniej jednej awarii na osiemdziesiątsiedem tysięcy. Ktoś kiwa mi głową w milczeniu. Powtarzam ten ruch i szybkim krokiem zmierzam do mojej odgrodzonej przestrzeni biurowej. Za cienkimi ściankami pracują inni ludzie. Słyszę ich oddechy, rozmowy i stukanie o klawiatury. Siadam na krześle, sprawdzam dokładnie podłogę, biurko i ściany w poszukiwaniu usterek, które mogą kosztować mnie życie. Włączam komputer wciskając przycisk długopisem. Na wszelki wypadek – w razie spięcia. Osiem godzin pracy mija szybko. Osiem godzin stukania w klawiaturę, czasem odbieram też jakiś telefon. O każdej pełnej godzinie daję odpocząć dłoniom na kilka minut. Nerwowo patrzę na dziurkacz i zszywacz leżące obok klawiatury. Boję się ostrych krawędzi. Wrzucam nóż do papieru do kosza na śmieci. Po namyśle jednak wyjmuję go – a co by było gdybym potknął się i wylądował głową w koszu? Jeśli kręgosłup wytrzyma to ten nóż mógłby mnie zabić. Podrzucam go niepostrzeżenie na biurko kolegi zza ścianki. Osiem godzin pracy. Dwie kawy w papierowym kubeczku. Przestudzone. Pite przestudiowanymi małymi łykami. Trzy kanapki kupione w firmowym bufecie. Niewielkie kęsy. Dwa wyjścia do toalety. Każde przepełnione strachem przed zalaniem, uduszeniem, upadkiem na śliskich kafelkach a także bakteriami na deskach klozetowych, kranach i klamkach. Osiem godzin mija i wracam do domu. Dokładnie tą samą drogą, z tymi samymi obawami. Tym razem nie było psów. Otwieram ostrożnie drzwi i wchodzę. Zamykam je za sobą i rozglądam się po mieszkaniu. W ciągu całego dnia wiele rzeczy mogło się zmienić. Pół godziny oglądania telewizji – więcej nie jest zdrowe dla oczu po całym dniu patrzenia w ekran monitora. Tylko programy rozrywkowe, żadnych wiadomości – stres ma zły wpływ na serce i mózg. Zjadam szybką kolację – przeliczona ilość kalorii i wartości odżywczych. Pół kotleta – stopiętnaście gram, uzupełnia żelazo, białka, magnez i potas. Dwieście gram ziemniaków, ugniecionych by nie utknęły w gardle – skrobia. Cztery różne surówki – witaminy A, D, E. Pomarańcza i banan na deser – odpowiednio witamina C i uzupełnienie potasu. Popijam jedną lampką czerwonego wina – poprawia krążenie. Przed łyknięciem środka na sen czekam przepisowe pół godziny. Czas ten wykorzystuję na odpowiednie ułożenie kołdry, by zmalało ryzyko uduszenia się w nocy. Zasypiam z myślą, że wewnętrzny spokój to najpiękniejsza rzecz na świecie.



Śpię jak dziecko.

Komentarze(7)   Skomentuj< poprzedni (Gorączka)  następny (Białe Ściany (próbka)) >