|
|
|
| Białe ściany 2 - 2005-10-25 - gish | Tego dnia nie widział już Łukasza. Wrócił autobusem w okolice domu i poszedł na lody. Pamiętał ich smak – pistacjowy – gdyż właśnie wtedy na rogu pobliskich ulic zderzyły się dwa samochody. Po ilości poskręcanego i zgniecionego metalu można było wywnioskować, że nikt nie przeżył. Jeśli jednak to nie było dla kogoś wystarczającym dowodem, to z pewnością były nim plamy krwi na jezdni. Jak przez mgłę obserwował krzątaninę ludzi dookoła. Próby niesienia pomocy, lamenty i krzyki. Wyobraźnia przeskoczyła kilkanaście minut wcześniej. Widział siebie za kierownicą obu samochodów. Impulsywność mieszała się w nim z ciekawością i odrobiną strachu. Po wyjściu z zakrętu działał jednak mechanicznie. Dwójka, gaz. Trójka, gaz. Czwórka, gaz. Skręt kierownicą. Zjechał na lewy pas dokładnie wtedy, gdy drugi samochód zaczął się rozpędzać. Przyspieszył również w tym drugim. Zderzenia nie zdążył zobaczyć. Następnym obrazem była gnąca się wpół metalowa konstrukcja i pękający plastik deski rozdzielczej. I gdzież tu sprawiedliwość? Gdzież pewność i bezpieczeństwo 4 poduszek powietrznych i przetestowanej konstrukcji? Poczuł ból w klatce piersiowej, krótki błysk i znalazł się znów na pozycji widza. Musiał przegryźć sobie język, bo na zielonej masie lodowej zauważył kilka kropek czerwieni. Zlizał je powoli. Łukasz byłby z niego dumny.
Dwa kolejne dni minęły szybko. Chyba grał na gitarze elektrycznej w czyimś ogródku. Ani chybi próbował oczarować jakąś gówniarę. Gitara była czerwona, ciężka a on nie potrafił skleić żadnego sensownego dźwięku. Zapomniał po co się tu znalazł, gdy zobaczył wspomnianą gówniarę. Był wtedy pewien, że nie jest to jego ulubione miejsce. Tyle pamiętał. Nie mógł jednak przypomnieć sobie ani jednego szczegółu, który dotyczyłby jego rodziny czy miejsca zamieszkania. Miał dom – tego był pewien. Nie był jednak pewien czy mieszkał w mieszkaniu, czy w domku na przedmieściach. Czy jego pokój był widny, mały, duży. Czy jego matka była brunetką, czy blondynką. Możliwe też, że była potwornie gruba, przez co nigdy nie opuszczała swojego pokoju. Wszystko, co do niego docierało, to fakt istnienia pewnych miejsc i rzeczy. Żadnych szczegółów. Może miejsca te są z gruntu złe, albo po prostu głupie i myśli o nich ulatują z głowy jak baloniki napełnione helem. Zdrętwiały mu ręce od niewygodnej już embrionalnej pozycji którą przyjął wewnątrz pudła. Na jego karku armia mrówek zrobiła sobie poligon. Raz dwa, raz dwa, raz dwa.
Łukasz mnie zabije – pomyślał i zapłakał cicho. Był potwornie zmęczony...
Aż dwa dni musiał wtedy czekać na kolejne spotkanie z Łukaszem. Wisiał na trzepaku, głową w dół, a Łukasz mówił coś do niego. Bloki dookoła wyginały się i falowały lekko. Spod szumu powoli zaczęły wypływać słowa.
- Powtarzaj za mną – istnieje tylko to, co potrafię sobie wyobrazić.
- A atomy?
- Skojarz je.
- Tytus.
- Brawo, ale to zbyt proste. Szybciej!
- Encyklopedia, litera A, kilka egzemplarzy.
- Dużo lepiej, zaczynasz rozumieć.
Ostatnie słowo płynęło długo i oleiście, jakby w magnetofonie wcięło kasetę. Zamrugał.
Jego uwagę zwróciła mała dziewczynka na pobliskim betonowym placu zabaw. Uporczywie dłubała w swoich zepsutych ząbkach końcówką zielonej skakanki. Dłubanie wydało mu się być jedyną czynnością do której była zdolna. Dłonie miała aż tłuste od cukru. Cukier wysypywał się jej spomiędzy palców, spomiędzy zębów, spomiędzy skakanki. Stała tam, na tym betonie i patrzyła na niego tymi swoimi niewinnymi oczami spaniela. Odwrócił wzrok. Nie był pewien prawdziwości tego, co widzi. Poczuł odrazę do wszystkiego, co młode. Ile miał lat ? Nie pamiętał. Latarnie zamigotały. Nadchodził zmierzch. Znów zamrugał oczami. Nie może sobie więcej pozwolić na półsen. Musi zachować czujność. Jednak pozostanie na jawie było coraz trudniejsze. Po szyi spłynęła mu strużka potu. Gdy zamykał oczy widział tysiące małych kwadratów, o coraz jaśniejszych krawędziach. Karton pożarł go znów i wypluł w innym miejscu.
Był ranek, a on znał wszystkie szczegóły. To co przed nim, to ruiny domu. Śmieszna historia – przed wojną mieszkała tu wielodzietna rodzina. Ojciec zaczął inwestować w produkcję napojów z marchwii, jednak nie znalazł na nie rynku zbytu. W okolicy rządziła czysta. Pewnej nocy zadławił się swoim sokiem z marchewek. Bezwładnie opadł na kuchnię odkręcając gaz i stracił przytomność. Dwie godziny później do domu wrócił najstarszy syn. Aż trudno w to uwierzyć, ale w pierwszej wojnie światowej z powodu szoku wywołanego pobytem na froncie stracił węch. Zapalił papierosa, zaciągnął się, a potem nastąpiła eksplozja. I to by było na tyle jeśli chodzi o tę szczęśliwą rodzinkę z przedmieścia. W ruinach jednak ktoś był. To też wiedział. Dwóch braci : Maciej i Witek. Starszy z nich – Maciej - wykopywał z ruin butle ze sfermentowanym sokiem marchwiowym. Długie, metalowe cylindry, rdzawo różowego koloru. Witek rozbieganym wzrokiem rozglądał się dookoła. Starszy wstał i niosąc jedną z butli wyszedł. Mijając go w drzwiach powiedział, że trzeba być cicho. Był więc cicho, bo niby czemu miałby nie być, gdy go ładnie proszą? Cicho, bo w tym domu nikt nie powinien przebywać. Ktoś ich jednak odnalazł. Z oddali doleciały czyjeś nerwowe krzyki. Nie był pewien, ale wydawało mu się, że wyławia z nich głos Łukasza. Minął kolejne pokoje i wybiegł na zewnątrz przez dziurę w rozpadającej się ścianie. Biegł dalej między drzewami, aż dobiegł do płotu. Przeskoczył na drugą stronę i wpadł prosto do kartonowego pudła.
Zdawało mu się, że wszystko rozpadło się na fragmenty. Małe części wspomnień przeplatały się uporczywie z krótkimi podróżami w ulubione miejsca. Pojawiał się i znikał. Tylko na chwilę. Nigdy na dłużej. Przez chwilę wydawało mu się, że przypomniał sobie czas, gdy mama wołała go wieczorem słowami : “Chodź na kolację kochanie!”. Po policzku spłynęła mu łza. Fakt, pamietał to – z reklamy telewizyjnej. Łukasz zamknął mu wszystkie punkty odniesienia, nie miał więc do czego porównywać swojej sytuacji. Właściwie to był zły. Wygląda na to, że Łukasz zabrał mu wszystko. A co, jeśli teraz w najlepsze siedział przy kolacji z jego rodziną, czerpiąc w najlepsze jemu należne ciepło i miłość? Brak punktu odniesienia. Nie był nawet pewien co to znaczy. Znał słowa ciepło i miłość, ale chyba też tylko z telewizji. Ziewnął przeciągle i przymknął oczy. Tym razem gdy je otworzył dalej był w pudle. Wyjrzał z niego ostrożnie, by sprawdzić sytuację i oniemiał. Nie pamiętał, gdzie wcześniej stało pudło, ale na pewno nie tutaj. Dookoła było biało. Sterylnie biało, płasko. Poza pudłem nic nie naruszało prostoty tego miejsca.
“Czy jestem w niebie?” Pomyślał. Jak na zawołanie spomiędzy powiek wyskoczył anioł z aureolą, jednak spod szaty wystawały mu kozie kopyta, aureola zaś opierała się na rogach.
“Nie ma nieba ani piekła. Nazywam się Łukasz i chciałbym powitać cię w niekle. Prawda, że ładna gra słów?”
Z jego gardła wydarł się przeciągły okrzyk : Mamooooooo , który obudził go ponownie. Musiał znów zasnąć.
Próbował bezskutecznie zebrać myśli. Krzyk “mamooooo” przypomniał mu dalszy ciąg reklamy - “porysujemy razem?”. Nie miał nic własnego. Nie był pewien ile minęło lat odkąd znał Łukasza, ale przecież czegoś się przez ten czas nauczył. Zacisnął zęby przegryzając wargi. Z pewnością poza nim i Łukaszem były też w tej historii inne osoby, które warto zapamiętać.
| |
|
|
|
|