|
|
|
| Białe ściany #3 - 2006-03-26 - gish | Powoli i ostrożnie wystawił dłoń poza obręb pudła. Na zewnątrz było zimno i wilgotno. Palce przebiegły po ziemii, a ręka zacisnęła się na pierwszym złapanym kamieniu. Wywlókł się powoli z pudła i opadł na plecy w błoto. Padało. Nigdy jeszcze nie był tak zmęczony. Chciałby zasnąć. Bardziej niż cokolwiek.
Podniósł się i otworzył oczy. To, że padało poczuł już wcześniej, teraz jednak gdy wpatrywał się w ulewę zdawało mu się, że strugi wody opadają wyjątkowo powoli. Był nad rzeką, niedaleko małych ogródków działkowych. Zza ściany wody wystawały dachy kilku małych altanek. To tu starsi ludzie z okolicy znajdowali sens na zakończenie życia grzebiąc się w brudnym piachu i kompoście. Nie był pewien jak znalazł się w pudle. Nie kojarzył też tego miejsca, ani ile czasu tu był. Deszcz pozacierał ewentualne ślady.
Ruszył powoli w kierunku ogródków i przyległych im altanek. Wszystko wydawało mu się drgać i pulsować nieregularnym rytmem. Idąc słyszał rozgniatane pod stopami błoto, bicie swojego serca i rozbijające mu się na głowie krople deszczu. Nie potrafił jeszcze w żaden sposób skontrować przerażenia, ani też nie miał pomysłu na to, co robić dalej. Jednak lepiej być w ruchu. Chociaż na chwilę odwlec moment złapania.
“A może on mnie wcale nie ściga?” pomyślał. Zaraz jednak odrzucił tę myśl jako pozbawioną sensu. Zbliżał się już do najbliższego płotu, za którym spowity w delikatnej mgle majaczył zielony, parterowy domek. Przerzucił zmęczone ciało przez niskie ogrodzenie i opadł na plecy po drugiej stronie. Przez chwilę leżał tak, patrząc jak zmienia się pogoda, jednak ostatkiem sił podniósł się w końcu i ruszył w stronę altany. Tak naprawde nie widział sensu we wchodzeniu do środka, jednak jakaś nieopisana siła ciągnęła go ku temu, by znaleźć się w jakichś czterech ścianach. Te były najbliżej. Wszedł na malutką werandę, na której kiwał się smętnie koń na biegunach, pozbawiony głowy. Idąc w kierunku drzwi potknął się o małą, żółtą, gumową kaczuszkę, teraz przybrudzoną. Pisnęła cicho. Drzwi były lekko uchylone, otworzył je więc szeroko i stał tak przez chwilę, próbując przyzwyczaić oczy do ciemności. Ciemność falowała i spływała fałdami skóropodobnej tkaniny po ścianach, meblach i podłodze. Kotłowała się za karniszami i niknęła w nielicznych oknach. Cienie niczym plastelina wiły się na wszystkie strony, szydząc ze źródła światła. Mrugnął kilka razy i złudzenie zniknęło. Zaraz jednak powróciło ponownie, tym razem delikatniej i spokojniej. Miał wrażenie, że ten moment olśnienia, trafiający się każdemu w pewnym momencie, a potrafiący w jednej chwili sprowadzić odpowiedzi, minął go właśnie o krok. Wszedł do kuchni i odruchowo wstawił wodę na herbatę. Czuł się zaparzony na długo zanim elektryczny czajnik wyłaczył się z trzaskiem. Usiadł w fotelu dużego pokoju i sięgnął po herbatę. Była wyjątkowo gorąca, jednak ciepło w tym momencie nie stanowiło dla niego żadnego problemu. Pił krótkimi, urywanymi łykami, czując, jak parzy sobie gardło i przełyk. Może ból utrzyma go na jawie choć trochę dłużej. Powieki znów zaczęły opadać, zamrugał więc i wymierzył sobie policzek. Pora powstać, ruszyć w bój – zanucił cicho dla dodania sobie animuszu. Zdjęcia wiszące na ścianach naprzeciwko niego zamigotały lekko. Zobaczył na nich siebie w różnych miejscach i z różnymi ludźmi. Zdjęcia z dzieciństwa, którego nie kojarzył. Jednak gdy podszedł bliżej, wszystkie zniknęły. Na ścianie wisiał tylko proporczyk jakiegoś młodieżowego klubu sportowego. Gdy się odwrócił, by powrócić na fotel, aż podskoczył. W przeciwległym rogu pokoju stało coś, czego wcześniej nie zauważył. Bożonarodzeniowa choinka, pełna pożółkłych już, suchych igieł. Podbiegł do niej, po czym bardzo starannie wyrwał całą ich garść. Usiadł znów na fotelu, wypił jeszcze łyk herbaty i zaczęł przenosić się w ulubione miejsce. Upływ krwi połączony z ogólnym zmęczeniem sprawił, że spod wpółprzymkniętych powiek widać było tylko bardzo szybki ruch rozmytych ścian pokoju. Białe. Coraz bielsze. Śnieg. Rozejrzał się dookoła i stwierdził, że znajduje się w spowitym śniegniem lesie. Jest noc, a on skulony kuca za młodą choinką i obserwuje jakichś poruszających się między drzewami kawałek dalej ludzi. Gdzieś na prawo od niego zaskrzypiał śnieg. Spojrzał w tamtą stronę i zobaczył małego, może dziesięcioletniego chłopca, który w identycznej jak on pozycji wpatrywał się w tych samych ludzi, których i on podglądał. Chłopiec odwrócił się do niego, jakby go zauważył. Wtedy z przerażeniem stwierdził, że chłopiec ten nie miał twarzy. W miejscu, gdzie powinny znajdować się oczy, nos i usta, nie było nic. Jego twarz była płaska i pusta jak kolano. Odwrócił wzrok spowrotem na ludzi w lesie. Nie mógł ukryć zmieszania. Nie powinien był się tak gapić na kogoś ułomnego w ten sposób. Pewnie chłopcu zrobiło się przez niego przykro. A wystarczy tylko jeden krok by na zawsze pogorszyć swoją sytuację w kierunku “naprawde chciałbyś być na moim miejscu?”. Ludzie poruszający się między drzewami byli jakby bliżej. Usłyszał głosy.
Naprawde myślisz, że się zgubił ? - zapytał ktoś.
Zgubił to mało powiedziane. On jest niespełna rozumu. Zagubił się wewnątrz siebie. Do tego jeszcze te okrutne fascynacje.
Ale to nie jego szukamy prawda ?
Nie, nim mamy się zająć jeślibyśmy spotkali go przy okazji. Tak naprawde szukamy dzieciaka, zanim jeszcze bardziej urośnie w siłę. Słyszałeś? On nie śpi już od dwóch miesięcy.
Przez moment rozmowa stała się nieczytelna, postacie chyba oddalały się od niego. Usłyszał tylko jeszcze :
Nie, nie opadają mu powieki. To niezupełnie możliwe w jego stanie.
Odruchowo spojrzał w prawo, zauważył jednak, że chłopiec zniknął. Na śniegu widział dwie pary śladów idących w przeciwnym kierunku, tak jakby chłopców bez twarzy tak naprawdę było dwóch. Głosy zamilkły całkowicie. Wstał więc, bez strachu przed zdemaskowaniem i spojrzał w niebo. Nie zobaczył żadnej gwiazdy, jednak co innego zwróciło jego uwagę. Śnieg stawał się coraz jaśniejszy, szczególnie w miejscach w których z jego pokrywy wyrastały drzewa. Dookoła konarów pojawiła isę żółtawa poświata, po czym jedno po drugim, duże i dorodne drzewa zaczęły zapadać się pod ziemię. Nie minęło kilka minut a zauwazył, że stoi na dużej, otwartej przestrzeni. Śnieg pod jego stopami zaczął iskrzyć i jaśnieć, po czym gwałtownym, nie znoszącym sprzeciwu ruchem wciągnął go do środka. Spadł prosto na fotel, na którym siedział jeszcze przed chwilą. Mrugając oczami stwierdził, że czuje się trochę mniej zmęczony, niż jeszcze przed chwilą. Jego wzrok spoczął na wiszącym nad drzwiami krzyżu.
Widzisz Jezu, ja opuściłem Ciebie, ale ty wcale nie utrudniałeś mi zadania. - pomyślał.
Nagle coś zaświtało mu w głowie. Przypomniał sobie kogoś, kto na pewno nie był postacią z reklamy. Mały, grubiutki ksiądz o twarzy chomika, do którego przychodził często po radę. Mieszkał po drugiej stronie ulicy, w starej przedwojennej kamienicy do której wchodziło się po półokrągłych, marmurowych schodkach. Pamiętał, że często czekał na tych schodkach, aż ksiądz wróci do domu, po czym rozmawiali godzinami. O ile nie mieszają mu się fakty z iluzjami, to nie rozmawiali wcale o religii. Nie mógł sobie jednak przypomnieć ani jednej takiej rozmowy. Pamiętał doskonale reklamę z gadającym masłem, które rozumie wszystkie problemy jego matki. Albo przynajmniej tej kobiety w telewizji, którą obecnie uznaje za swoją matkę. Może ksiądz pomoże mu odzyskać pamięć? Postanowił go odnaleźć. Czas uciekał, a nie był pewien jak długo jeszcze wytrzyma bez snu. Podniósł się szybko. Za szybko. Pokój zawirował, a podłoga przywitała go mocnym ciosem w tył głowy. Zobaczył gwiazdy. “Gwiazdy telewizji i kina, w Twoim domu! Nie zwlekaj, wyślij sms na numer ...” przebiegło mu przez głowę. Łukasz nie był zadowolony z jego spotkań z tym księdzem, tego był pewien. Przypomniał sobie jak któregoś dnia pobił go za to do nieprzytomności.
Czołgał się bezradnie u stóp Łukasza, cały we krwi i tynku. Świeża farba schodziła ze ściany, w którą uderzała jego głowa, jak zużyta skóra. Biała chemia mieszała się z krwią budując na podłodze tożsamość narodową. Po kilku kolejnych kopniakach przestał nawet błagać o litość. Spojrzał na Łukasza i uśmiechnął się plując krwią. Czuł się prawie jak męczennik i zaczynało mu to sprawiać przyjemność.
Jeszcze raz, proszę! - wydukał błagalnie.
Łukasz jednak przestał. Odszedł kilka kroków w tył i zaczął podziwiać swe dzieło. Przymknął lekko oczy i na kilka sekund popadł w REM. Najwyraźniej szybko dotarł tam, gdzie chciał bo otrząsnął się po paru sekundach i spojrzał mu w oczy. Nic nie powiedział, jednak było jasne, że nie jest zadowolony. Cel nie został osiągnięty, a bicie kogoś komu to sprawia przyjemność mija się z celem jako sposób dydaktyczny.
Pamięta dokładnie, jak bardzo dumny był z siebie, że postawił się Łukaszowi. To musiało być na chwilę przed tym, jak wszystko między nimi zaczęło iść nie tak.
| |
|
|
|
|