illusion of sense
[][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][]

                                


NAJNOWSZE TEKSTY
***
ponad
Mijanie
władza
popatrz
***
marzenie
podsłuchany r...
WSZECHŚWIAT
" "

NAJNOWSZE GFX
       

NAJNOWSZE FOTO
       

WYLOSOWANE
TEKSTY
  ***
  1:48
  anioły XII
GRAFIKA  FOTO
    

NEWSLETTER
Nowości na Twój email

    adres:


Zapisanych: 263

LINKI
EUFONIA
wydawnictwo IOS
dustbox
niwidu.org
Sztuki Walki - BJJ
Magazyn .psd
implozja.pl
więcej odnośników

dziewięć sekund na miłość - 2006-05-14 - gish

Zmierzchało już, gdy Roman schodził z posterunku. Jego wychudzone ciało wyglądało niczym groteskowy kształt z teatrzyku cieni na tle wieczornego nieba. Ostatnie psy wyprowadzały siłą właścicieli na spacer. Zamykały swoje drzwi dzienne sklepy, a otwierały monopolowe. Ulice pustoszały. Sfatygowany całodniową męczarnią asfalt mógł w końcu odetchnąć. Nieliczne samochody przejeżdżały prawie bezdźwięcznie przez skrzyżowanie, na którym Roman spędzał każdego dnia pełne dwanaście godzin. Do niedawna był bezrobotny. Nowy, rządowy program znalazł mu jednak zajęcie. Stali we trzech na specjalnym rusztowaniu nad skrzyżowaniem, trzymając w rękach okręgi odpowiedniego koloru i podnosili je w określonych odstępach czasu. On odpowiadał za czerwone światło. Marek – wygadany i pogodny piwosz trzymał zielone. Żółtym zajmował się niemowa. Przynajmniej tak im się wydawało, bo odkąd zaczęli pracę kilka tygodni temu, ani razu się nie odezwał. Po pewnym czasie po prostu przestali go zauważać. Mechanicznie podnosił swoje żółte światło, wpatrzony nieobecnym wzrokiem w jakiś odległy punkt. Był chodzącym synonimem nudy. Marek często powtarzał, że w słowniku powinni dostawić przy tym słowie jego zdjęcie. “Żółty” ani razu nie skomentował tych zaczepek. Teraz jednak Roman był już po pracy i schodził po wąziutkiej drabince na chodnik. Ten z żółtego jak zwykle został na nadgodziny. Pracoholik! Schodził dopiero po dwóch godzinach, gdy pojawiał się inny “żółty” - z nocnej zmiany. Marek dogonił Romana niosąc swoje zielone koło.
- Może jakiś browarek wieczorem ?
- Nie, dzięki. Jutro od siódmej mamy tu być, a ostatnio nie śpię za dobrze. Ulica podobno korkuje się dużo bardziej przed długim weekendem.

Nie poszedł jednak do domu. Przechodząc przez park wyszedł zatrzymał się na chwilę i podziwiał noc. Doceniał piękno księżyca, rzucającego na chodnik krótkie cienie plątaniny gałęzi nad jego głową. Podziwiał niebieskawe refleksy światła na kamykach przy ścieżce. Kontury żywopłotu wyciągające gałęzie niczym ramiona, jak gdyby chciały pochwycić każdego, kto śmiałby się tam zapuścić o tej porze. Oglądał wilgotny chodnik, spomiędzy szczelin w którym wyrastały małe kępki trawy. Wciągnął głęboko w płuca zapach wieczoru i uśmiechnął się. “Dla takich chwil warto żyć” - pomyślał kierując się na przystanek.

Ten dzień nie zapowiadał się dobrze. Już na samym początku, gdy wspinał się po drabince, jeden z przerdzewiałych szczebli pękł pod nim. Utrzymał się jedynie na rękach, boleśnie raniąc się w nogę. Pod nosem wymruczał przekleństwo. Bolało jak diabli! Musiał jednak wykonywać swoją pracę. Była bardzo potrzebna, zarówno ludziom jak i jemu. Doskonale pamięta zbieranie butelek po śmietnikach, żeby mieć na bułkę i kabanosy. Mimo bólu stanął na swoim miejscu i zatrzymywał nadjeżdżające samochody według znanego już na pamięć schematu tego skrzyżowania : Ręce w górę. Raz. Dwa. Trzy. Cztery. Pięć. Sześć. Siedem. Osiem. Dziewięć. Ręce w dół. Liczył powoli. Przy ósemce dołączał na moment żółty. Po dziewiątce przychodziła kolej na Marka. Koło południa jednak popełnił mały błąd. Zauważył ją dopiero gdy w myślach doliczył do czterech. Jej srebrny, sportowy kabriolet stał na światłach tuż pod nim. Przez moment wydawało mu się, że złapał jej spojrzenie. Poczuł dziwne mrowienie na plecach, a ręce momentalnie zaczęły mu się pocić. Była piękna! Zakochał się zupełnie zwyczajnie. Bzdurą jest twierdzenie, że jest to skomplikowany i trudny proces. Zakochanie to bardziej chwila niż godzina. Bardziej spojrzenie niż wzrok. Bardziej uśmiech niż śmiech.

Wyglądała mu na niewiele ponad dwadzieścia lat. Blondynka. Z wydatnym biustem (na co zdążył oczywiście zwrócić uwagę) zakrytym jednak szczelnie białą bluzką. Szczególnie spodobały mu się usta.Pomalowane na jasno-czerwony kolor, kontrastowały z resztą jej ślicznej twarzy. Wyglądały prawie jak wycięte z szablonu. Roman potrafił docenić ideał gdy miał go przed sobą. A przynajmniej tak mu się wydawało. Odgarnęła dłonią włosy z czoła i chwyciła pewnie za kierownicę. “Ile ona ma w sobie wdzięku” - pomyślał. Z zamyślenia wyrwało go mocne szturchnięcie w bark od “żółtego”. Spóźnił się o dwie sekundy z opuszczeniem swojego światła. Całe szczęście, że nic nie jechało drugą ulicą, bo tam było już zielone. Marek coś do niego mówił, trzymając w górze swój okrąg, jednak w tej chwili równie dobrze mógłby być tak samo niemy jak “żółty”. Nic do niego nie docierało, poza uporczywą myślą, która nie chciała uciec z głowy : “Ona jest piękna! Ona jest piękna! Ona jest ...”. Reszta dnia minęła jak w amoku. Kilka razy pomylił się, jednak nie więcej niż o sekundę. Po pracy szybko zszedł po drabince, zeskakując ostatnie kilka stopni. Zabolało, jednak nie zwrócił na to uwagi. Nie czekając na Marka pobiegł do autobusu. Czuł się dziwnie, chociaż następnego dnia nie mógł się jej doczekać. Tym razem zobaczył ją z daleka. Zatrzymała się jeden samochód dalej, ale wciąż widział ją jak na dłoni. Zaczął liczyć.
Jeden – Sięgneła do torebki i wyjęła gumę do żucia. Jej jasne włosy błyszczały w słońcu.
Dwa – Włożyła drażetkę w usta, delikatnie muskając palcami wargi.
Trzy – Odsunęła rękę od ust.
Cztery – Lewą ręką złapała za kierownicę.
Pięć – Otworzyła szeroko oczy. Chwyciła torebkę i wyciągnęła telefon komórkowy.
Sześć – Oderwała wzrok od telefonu, by spojrzeć na światło. Przez tę jedną sekundę patrzyła prosto na niego. Ugięły się pod nim kolana. Powietrze wydało mu się plastyczną masą, która wyginała się i falowała, jakgdyby starając się go przewrócić.
Siedem – Odebrała. Usta poruszały się, jednak on nic nie słyszał.
Osiem – Zauważył jej uśmiech, śnieżnobiałe zęby. W policzkach robią jej się wtedy dołeczki. Zdążył jeszcze pomyśleć, jakie to słodkie.
Dziewięć – Musiała spostrzec żółtego. Przycisnęła słuchawkę do ucha ramieniem i wrzuciła pierwszy bieg. Ruszała powoli, jednak dla niego o wiele zbyt szybko. Widział ją jeszcze chwilę. Próbował wtedy po raz ostatni złapać jej wzrok. Bezskutecznie. Odjechała zbyt szybko. Tego dnia zachował profesjonalizm, obyło się więc bez kompromitujących pomyłek. Cały czas jednak myślał o niej. Jak może mieć na imię. Co lubi. Czym się zajmuje. Do domu biegł jak na skrzydłach, przeskakując po dwie płyty chodnika. Po raz pierwszy od dawna spał dobrze.

Następnego dnia miał więcej szczęścia. Znów stała przy samych światłach i widział ją dużo lepiej. Była czymś wyraźnie zdenerwowana. Nerwowo bębniła palcami w kierownicę. Wargi miała zaciśnięte, a oczy lekko podkrążone. Było mu smutno. Tego dnia w domu wypił kilka piw i poszedł szybko spać. W nocy znów śniły mu się koszmary, jednak nie mógł sobie przypomnieć żadnego z nich. Jedyne co pamiętał, to setki białych gołębi wznoszące się do lotu.

Tego dnia nie pojawiła się wcale. Bał się, że coś się jej stało. Może zachorowała? Pytania dwoiły się i troiły w jego głowie, jednak prawdopodobne odpowiedzi wcale mu się nie podobały. Po pracy zrezygnowany szedł do domu powłócząc nogami. Wieczór, mimo, iż równie piękny, nie zrobił na nim żadnego wrażenia.

Następnego dnia jednak odzyskał nadzieję. Była! Pół godziny później niż zwykle, ale była. Tym razem z głośników w jej samochodzie słyszał muzykę. Kiwała głową do rytmu, jednocześnie wybijając takt na kierownicy. Zauważył, że zawsze starała się ubierać na biało. Miała białą torebkę i biały telefon komórkowy. Stwierdził wtedy, że zna już jej ulubiony kolor. Poczuł się z tym dużo lepiej. Ciepło i przytulnie. Gdy swoje “światło” podniósł Marek, zebrał się na odwagę i pomachał jej. Zauważyła to prawie w ostatniej chwili, jednak uśmiechnęła się do niego i odmachała. Ten dzień nie mógłby być dla Romana lepszy. Nawiązał kontakt. To bardzo ważne! Następnego ranka nie próżnował. Już o wpół do siódmej kupił kwiaty – bukiet czerwonych róż oczywiście. Nawet znudzony grymas kwiaciarki nie popsuł mu humoru. Czekając, aż ta zawinie bukiet, nerwowo zacierał ręce. Żaden inny kwiat nie nadawałby się lepiej. Oczyma wyobraźni widział piękny kontrast ich czerwieni z jej bielą. Postanowił, że wrzuci te kwiaty na tylne siedzenie jej samochodu wraz z liścikiem, który układał przez całą noc. Zasnął dopiero nad ranem w stercie zmiętych, porozrzucanych “wersji roboczych” listu. Ostatecznie zdecydował się na prostolinijność. Nie był w końcu poetą, chociaż chciałby być. W kilku słowach opisał, co poczuł, gdy ją zobaczył. Wyznał miłość od pierwszego wejrzenia i prosił o kontakt.

Niebo było bezchmurne, a pogoda wyjątkowo piękna. Jego podniecenie sięgało szczytu. Nie mógł się już doczekać. Sekundy płynęły trochę poza standardowym rytmem dziewięć plus jedenaście. Swoją pracę wykonywał bez zarzutu, jednak nie był na niej skupiony. W końcu zobaczył samochód, na który tyle czekał. Było zielone, więc miał jeszcze chwilę czasu. Odwrócił się, przykucnął i sięgnął po bukiet róż. Jedną ręką podniósł swój czerwony okrąg, w drugiej trzymając tak samo czerwone kwiaty. Jednak to, co zobaczył wcale mu się nie spodobało. Wcale! Tym razem siedziała na siedzeniu pasażera. Kierowcą był dobrze ubrany, przystojny mężczyzna, którego wcześniej nie widział. Jego kremowy garnitur, perfekcyjna fryzura, opalenizna – wszystko to wzbudzało w Romanie zazdrość i złość. Wiedział, że przegrał. Nie pogodził się z tym jeszcze, ale już wiedział. Jeden – uśmiechnęła się do tamtego mężczyzny i pogładziła go po brodzie. Roman zagryzł wargi.
Dwa – Dalej się uśmiechając pocałowała go w policzek. Strużka krwi popłynęła po brodzie Romana znikając za kołnierzem.
Trzy – Jak mogła mu to zrobić? Przecież byli dla siebie stworzeni? Stworzeni, stworzeni, stworzeni... Uparte myśli odbijały się jedna od drugiej jak kauczukowe piłeczki. Roman płakał. Właściwie chlipnął cicho raz albo dwa, bo na okazywanie emocji nie mógł sobie w pracy pozwolić. Był w końcu profesjonalistą. Złamanym profesjonalistą.
Cztery – Żywo gestykulując i wciąż uśmiechając się tym obłudnym uśmiechem, który Roman teraz przejrzał, zaczęła rozmowę z siedzącym obok niej mężczyzną.
Pięć – Roman zamknął oczy. Wciąż widział ten uśmiech przed oczami. Sześć – W głowie mu dudniło. Bał się spojrzeć.
Siedem – Nie bez trudu otworzył oczy. Szybko przeniósł wzrok o kilka samochodów dalej.
Osiem – Żółty uśmiechnął się. Tak! Ten drań się uśmiechnął. Musiał wszystko doskonale rozumieć. A wydawał się taki nieobecny. Tylko udawał głupiego! Nudny złośliwiec żółty. Powinni go dopisać jeszcze pod takim hasłem w słowniku. Roman w przypływie złości upuścił swój okrąg i uderzył żółtego w twarz otwartą dłonią. Wciąż w szoku, zaczął schodzić w dół po drabinie.

Dziewięć nie nadeszło.

Nie myślał wtedy o niczym. Przywykły do działania po Romanie Marek spóźnił się aż o cztery sekundy. Roman otworzył dłoń i wypuścił kwiaty. Czas zamarł. Kierowca autobusu z przerażeniem patrzył na jadący prosto na niego czarny samochód osobowy. Młoda para na ławce utknęła w połowie pocałunku. Kierowca czarnego samochodu miał zamknięte oczy. Jego usta wykrzywiał dziwaczny grymas zdziwienia zmieszanego z przerażeniem. Małe dziecko zatrzymało się na rowerku nieopodal i patrzyło z otwartą buzią. Młody człowiek idący po pasach wypuścił z rąk notatki. Setki papierów zawisły w powietrzu. Wyglądały jak stado gołębi zrywające się do lotu. Inne dziecko, w parku nieopodal, wyciągało ręce do wiszącej w powietrzu nad nim kolorowej piłki. Bukiet niepotrzebnych już, choć wciąż pięknych róż zawisł nad chodnikiem. Roman również stał bez ruchu, jednak coś odróżniało go od pozostałych osób. Stał tyłem, chociaż domyślał się, co się działo. Wiedział przecież, jak odpowiedzialna jest jego praca. W tym momencie Roman był jedyną osobą na skrzyżowaniu, której świat się rozpadł. Nie miał ani dziewczyny do całowania, ani roweru. Nie pisał notatek i nie bawił się piłką. Nie miał już nawet róż. Gdy czas ruszył, tylko on ze wszystkich świadków zdarzenia pozostał na swoim miejscu.

Czarny samochód podskoczył nagle na nierówności drogi i odbił w prawo po czym zatrzymał się stojąc w połowie na chodniku. Z silnika unosił się gęsty dym. Autobus minął go o milimetry. Również ostro hamując stał przez chwilę na skrzyżowaniu. Kierowca przecierał oczy ze zdumienia. Jego serce wciąż jeszcze biło jak oszalałe. Pasażerowie zaskoczeni nagłym hamowaniem powpadali na siebie. Dało się słyszeć przekleństwa i jęki poobijanych.

Roman westchnął. Może tak naprawde wcale się nie zakochał? Powoli zaczęło do niego docierać, że to jednak nie koniec świata. Tak wielkie, jak mu się zdawało, uczucie bledło i traciło ostrość. Po chwili był już pewien, że mu się tylko wydawało. Pozostawał jeszcze problem niedoszłego wypadku, ale i tu dość szybko znalazł rozwiązanie. Powie, że to wina “żółtego”.

Komentarze(1)   Skomentuj< poprzedni (Białe ściany #3)