|
|
|
| Ptno - 2010-01-11 - Medart | Wyszo mu nieadnie. Tak wywnioskowa. Tak uzna. Ale spakowa wszystko i wyszed
Noc jeszcze trwaa w skamieniaej pozie i byo cicho. Skierowa si na pnoc. Szed i co chwil poprawia pasek, bo leciao mu to z plecw. Byo do obszerne. Patrzy tylko pod nogi. Ta sama co zwykle drka peza lekko w gr i wkrtce skry go przed wiatem wierkowy modnik
Nie pieszy si. Do wschodu soca dzieliy go jeszcze godziny. Zimne powietrze osiadao na twarzy. Oddycha przez nos, bo stwierdzi e nie wpuci tej nocy wgb siebie.
Czasem si potyka. Chodzi tu setki razy, ale stopy nie rozgryzy do koca tajemnicy cieki. Pomyla e jest i tak lepiej ni zim. Za trzy miesice, gdy zrobi si biao wyzwania stan si istotniejsze i namacalne
Przystawa nieraz i nadsuchiwa. Wydawao mu si e syszy szum, ale to pewnie tylko krnbrny strumie w jego yach. Czasem chwytay go zawroty gowy. Pewnie z godu. Jada teraz niewiele.
Gdy una brzasku oblewaa niebo rowymi zachwytami, najczciej by ju blisko celu.
Dzi tak byo bo silny, rosyjski wy zagoci tu na dobre. Troch si zgrza i jego ciao parowao teraz rwnomiernie, jakby oddawao swoj naleno za cud bycia tutaj. Sta wrd tych pogarbionych drzew, a jego plecy wolne teraz od cienia powoli odzyskiway ksztat.
Jeszcze tylko niewielka polana, niemiay przesmyk i wszed w now przestrze. Tu yli inni ludzie. Zawsze wic zachowywa czujno. Nie ba si, ale wola pozosta zamknity.
Odnalaz waciwy obiekt, podszed do drzwi i zapuka. Czeka do sugo. Sysza w rodku jakie odgosy i szepty. Tamci nie byli przyzwyczajeni do tak raptownego przejcia w dzie. Trzeba byo im da wicej czasu
W kocu drzwi si otworzyy i wszed do rodka. Ale tak jak zwykle, stan blisko wyjcia. Tamten przeszed od razu do rzeczy. Kaza odsoni ptno. Bya jeszcze jaka moda kobieta, ale nie zwracaa na niego uwagi. Zdj jednak czapk i przywita si cicho.
Mczyzna oglda obraz. Najpierw z bliska, pniej w innych kombinacjach. Zadba te o wicej wiata. Pokj uku go w oczy tysicami szczegw, ale stara si nie przyglda.
Tamten mrucza co pod nosem, zerka okiem znawcy a pniej zapyta kobiet co o tym sdzi. Wzruszya ramionami nawet nie patrzc. Facet jeszcze troch pokry wok, po czym stwierdzi e jednak nie wemie.
Wyszed wic. By to ten czas, kiedy wiato dokonywao rzeczy najprawdziwszych z moliwych. renice rozszerzay si instynktownie by wpuszcza do rodka te mae, ruchliwe struki pikna. Na polance usiad na pieku by possa kamie. Znany sposb na gd. Obraz pooy lekko na szklistej trawie.
Chyba przysn, bo gdy nagle wrci co mu nie pasowao. I zobaczy teraz wyranie, czego w tym nie byo. Wystarczyo kilka promykw i niemiaych muni. Wszystko zmienio kierunek i wyraz. Barwy pyny, nawet dalej i wtedy skromna rama okazywaa si niewystarczajca. I wystraszy si, bo nie widzia jeszcze takich. "A moe to nie mj", gdzie przemkno mu, ale przecie rozpoznawa szczegy.
Brak tchu zrekompensowa mu lekki, jasny powiew. Wzi to do rodka, bo przecie dosta wanie nowe wytyczne. Patrzy i uczy si barw i ukadw. Zerka w t cig i map tajemnic wiata, ktra zaraz miaa odej zraniona przez cie.
Czeka do koca. Pniej zapa obraz i pogna przed siebie. Nawet o czapce zapomnia.
Poprawia go cay dzie. I cz nocy. Wtedy pomaga sobie wieczkami, bo jedna arwka moga nie sprosta wyzwaniu. Wia wiatr. I zaczo pada, gdy rosyjski wy najwyraniej wybra dla siebie ciekawsze miejsce.
O wicie znw wyruszy. Ta sama drka, jednak cakiem ju inna. Zewszd leciay krople, wtapiay si w mglisty caun zalegy nad sierpniowymi kami i wydaway si tam zamiera. Ale tak nie byo.
Gdy dotar na miejsce, by cakiem przemoczony. Nie dba o to. Najwaniejsze byy barwy, chowane pod grub foli i fragmentem starej zasony. Wkrtce je uwolni, uczyni z nich cz wiata dla tamtych i kto wie...moe zapac mu troch wicej.
Ale nie byo nikogo...
Spostrzeg to dopiero po pewnym czasie, kiedy zobaczy pusty parking. Jaki facet w czarnym mundurze powiedzia mu e wszyscy pojechali do Czech i wrc pewnie jutro.
Lao coraz bardziej. Nie chciao mu si nadkada drogi i z powrotem wybra szlak przez Bia Wod. A pniej na kadce co poszo nie tak i obsun si niej. Wody nie byo duo, ale i tak wydara mu chciwie to, o co tak wytrwale walczy.
I widzia jak braa w posiadanie kad, stworzon ostatniej nocy wstg wiata. Brunatno- czarn kipiel rozbiy eskadry nieskoczonych barw, ktrymi nasiko stopniowo cae koryto. A potem przepady w ciszy, wdzierajc si gdzie niej, gbiej, w struktur, o ktrej nie mia nawet pojcia, a ktra mczya go przecie w snach.
I teraz te zamkn oczy. I stwierdzi e jeszcze kilka z nich tu jest. Cakiem nienaruszonych. Wyszed na brzeg i ruszy dalej po omacku.
Niektrzy powiadali e go widzieli. Bdzi wrd drzew i ptakw, a nieraz mia si nawet na cae gardo. Pniej znikn. Podobno ziemia upomniaa si wreszcie o niego.
I pewnie spocz gdzie gboko w niej, w sanktuarium barw ktre tak bezwiednie stworzy i kiedy, wrd szczliwej chwili kilku miakw dokopie si do niego i pozwoli znw trwa wrd ywych. Pki co jednak, skazani jestemy na upiorne akompaniamenty szaroci i mgie, w ktrych kady, nawet najjaskrawszy kontur splamiony jest grudk bezimiennego smutku.
| |
|
|
|
|