illusion of sense
[][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][]

                                


NAJNOWSZE TEKSTY
ponury czas
Ostatnie chwi...
Spakowany
Kawa
***
Ekshumacja
To tam
***
R.I.P.
asteroidy.

NAJNOWSZE GFX
       

NAJNOWSZE FOTO
       

NEWSLETTER
Nowoœci na Twój email

    adres:


Zapisanych: 269

LINKI
wydawnictwo IOS
hype4 design
Creation.Machine
Horror Charts
Technology review
Square Extension
dustbox
niwidu.org
Sztuki Walki - BJJ
Magazyn .psd
implozja.pl
wiecej odnosników

Dlaczego by nie - 2010-03-10 - abigail

Hej

 

ZAMIAST WSTÊPU

 

„Hej!

 

Zaczynam pisaæ opowiadanie. Jest inne ni¿ J. Mo¿e bardziej, a mo¿e mniej tragiczne.

Ona pisze swoje listy i wrzuca je do ukrytej „skrzynki” w rozwidleniu ga³êzi drzewa.

On robi to samo. Ale nie wymieniaj¹ siê listami, jak to ma miejsce w wersji J., bo w ogóle o sobie nie wiedz¹. Jego drzewo roœnie dwa kroki dalej...

On wrzuca swoje listy, jak u J. rano, ona wieczorem – te¿ jak w opowiadaniu J. To trwa kilka lat. Dopóki jedno z nich siê nie pomyli.....”

 

 

 

Akt I: TA-DAM

 

By³ wœciek³y, zdesperowany, podszed³ pod drzewo i wyci¹gn¹³ te wszystkie cholerne, nieprzeczytane listy. Poszed³ wieczorem, póŸnym wieczorem, jak jeszcze nigdy tu nie by³. Pierwotnie mia³ je zabraæ do domu i tam zniszczyæ, ale w koñcu jaka to ró¿nica gdzie i kiedy, a lepiej ju¿, teraz, na miejscu. Siad³ przy ogniu i wrzuca³ po kolei kartki, nawet na nie nie patrz¹c, Dygota³ ca³y, z zimna i ze z³oœci i z wielkiego, najwiêkszego na œwiecie smutku. By³ chory z rozpaczy... Mokre od ³ez i wilgoci kartki nie chcia³y siê paliæ, ale targa³ je, a ma³e strzêpki ogieñ porywa³. Sz³o mu Ÿle i ciê¿ko. Nie wiele widzia³, nie widzia³ liter, ani nie zauwa¿a³, jak szybko ubywa mu pod rêkami papieru i ju¿, ju¿ mia³ wrzuciæ ten ostatni list i odetchn¹æ, albo rozp³akaæ siê na dobre, albo zacz¹æ siê œmiaæ, zatañczyæ i skuliæ siê w k³êbek jednoczeœnie, gdy ciszê rozproszy³ odg³os czyichœ szybkich kroków. Jakaœ kobieta podesz³a do drzewa i siêgnê³a rêk¹ w rozwidlenie ga³êzi. Zauwa¿y³ pop³och i nag³e zaskoczenie, gdy siêgnê³a jeszcze raz i nerwowo rozejrza³a siê w oko³o. Na pewno widzia³a i ogieñ i mê¿czyznê siedz¹cego przy ogniu, ale na pewno te¿, nie by³a w stanie dojrzeæ co robi....

Przesz³a kilka kroków i przystanê³a. Stanê³a teraz przy „jego” drzewie i powoli, bardzo powoli jeszcze raz wyci¹gnê³a rêkê. By³y tam wszystkie, te nieodebrane listy.

Spojrza³ na ten, który ci¹gle trzyma³ w rêce. Jeszcze nie móg³ uwierzyæ.... Co w takim razie przed chwil¹ zniszczy³, skoro jego s³owa do tej chwili pozostawa³y w ukryciu? Poczu³ przera¿enie, zaskoczenie, ale i dziwnie poczu³ siê szczêœliwy, gdy uœwiadomi³ sobie, ¿e o to istnia³ drugi cz³owiek, kobieta, jego wymarzona kobieta, która tak jak on pisa³a swoje wo³ania i swoje spowiedzi i marzenia i tak jak on dla niej, pozostawia³a je dla niego.

Spojrza³ na ten ostatni list. Jej list. Teraz dopiero zauwa¿y³, ¿e wygl¹da inaczej ni¿ jego.... Podniós³ siê i chcia³ j¹ zawo³aæ, ale ona oddala³a siê pospiesznie. Z naprzeciwka nadszed³ mê¿czyzna z psem. Przytuli³ j¹ do siebie i oddalili siê razem. Paczkê listów zd¹¿y³a pewnie schowaæ w plecaku, przewieszonym niedbale przez lewe ramiê.

Poszed³ za nimi, ale oni nie szli daleko. Wkrótce skrêcili w boczn¹ drogê i weszli do jednej z bram szeregowych domków. Zapamiêta³, który to dom i wróci³ do ogniska. Trzyma³ w rêce ten ostatni list nie wiedz¹c co z nim zrobiæ. Nie œmia³ go jednak ju¿ teraz otworzyæ.

 

 

Akt II: ONA

 

Usiad³a na ³ó¿ku. Minê³o kilka dni od kiedy postanowi³a wiêcej nie pisaæ. Piotr wniós³ pozew o rozwód, chocia¿ nadal mieszkali razem. Wiedzia³a, ¿e nied³ugo siê wyprowadzi. Spokojnie, stanowczo i kulturalnie. Tak jak kulturalnie i spokojnie przedstawi³ jej miesi¹c wczeœniej swoje argumenty. Nie mog³a nie przyznaæ mu racji, a jednak jej œwiat siê rozpada³, z ka¿dym jego s³owem:

- Nie mo¿emy tak dalej. Ja nie mogê, a przecie¿ widzê, ¿e ty te¿ nie. – Milcza³a, nie przytaknê³a, nie zaprzeczy³a, s³ucha³a. – To nie ma sensu. Nasz zwi¹zek, nasze ma³¿eñstwo nie ma sensu. A teraz gdy Mateusz siê wyprowadzi³ – „poszed³ tylko na studia” pomyœla³a – teraz mo¿emy ju¿ pójœæ ka¿de swoj¹ drog¹.... Potrzebujê zmiany. Mówi³em ci o Australii, to ju¿ postanowione, przepraszam, ale wyje¿d¿am. – W g³osie Piotra, ani w jego oczach nie by³o skruchy.

- Kiedy wrócisz? – Zapyta³a jeszcze.

- Nied³ugo. Za rok pierwszy raz, a póŸniej bêdê przyje¿d¿a³ czêœciej, co pó³ roku, do Mateusza i do ciebie....

Rozmawiali ju¿ wiele razu o tym wyjeŸdzie. Lidia by³a temu przeciwna. Nie chcia³a, aby Piotr by³ tak daleko, sama te¿ nie chcia³a jechaæ z nim. Jej rodzice byli ju¿ coraz s³absi. Potrzebowa³a jej zw³aszcza mama.

By³ tak¿e problem Mateusza. Wiele razy Piotr odwleka³ swoj¹ decyzjê, gdy t³umaczy³a mu, ¿e nie mo¿e na tak d³ugo zostawiæ syna... Ju¿ gdy Mateusz skoñczy³ 18 lat, wyjazd by³ prawie przes¹dzony. Zosta³, aby byæ przy maturze i egzaminach na studia. Teraz syn da³ mu ju¿ woln¹ drogê, a ona sama nigdy nie stanowi³a przeszkody. Kocha³ j¹, by³a tego pewna. Tak jak pewna by³a swoich w³asnych uczuæ do niego. Listy to by³a jej druga przystañ, nieznany, choæ tak bardzo bliski ich adresat.

Nie spodziewa³a siê jednak rozwodu. Jej zdaniem by³ zupe³nie niepotrzebny. Piotr uwa¿a³ inaczej.

- To fikcyjne ma³¿eñstwo, nie bêdzie mia³o sensu. – przekonywa³ – Nie mogê wi¹zaæ ciê przy sobie – „siebie przy mnie” poprawi³a w myœlach – skoro bêdziemy razem tak rzadko.

Zdoby³a siê wtedy na uœmiech. Poklepa³a go po ramieniu, pog³aska³a po g³owie, by³o jej ¿al patrzeæ jak siê mêczy.

- Dobrze. Ale to ty z³o¿ysz wniosek – zgodzi³a siê wtedy.

Wiêc kiedy Piotr z³o¿y³ wniosek, postanowi³a zaprzestaæ pisania listów. Nie potrafi³aby ich oddzieliæ od ¿ycia z Piotrem. Bez niego nie mia³y sensu, choæ absurdalnie mia³y sens tylko bez niego.

Uœmiechnê³a siê do siebie „ co ja mam z wami zrobiæ?” myœla³a, „przeczytaæ?, e nie, ju¿ wystarczy, ¿e je napisa³am...”. Tylko jakoœ ¿al jej by³o wyrzucaæ. Le¿a³y wiêc w plecaku ponad tydzieñ, a ona przez ten czas omija³a je z daleko. Pomaga³a Piotrowi w przygotowaniach do podró¿y, za³atwia³a ró¿ne papiery, kupowa³a niezbêdne mu rzeczy, rozmawia³a o przysz³oœci syna, tylko od spraw rozwodu trzyma³a siê z daleka. To by³ Piotra pomys³, nie jej, niech wiêc tym siê sam zajmuje, skoro chce....

 

Akt III: ON

 

D³ugo nie wiedzia³, co z t¹ pomy³k¹ zrobiæ. Czy ona siê ju¿ zorientowa³a, co zrobi³a? Dlaczego od tak dawna nie by³o ¿adnej wiadomoœci na drzewie? Przecie¿ nie mog³a tak na zawsze przestaæ pisaæ. Mia³a prawo mieæ doœæ i tak jak on chcieæ wyrzuciæ te wszystkie s³owa do nik¹d, ale przecie¿ nie na zawsze.... Nie na zawsze? A dlaczego by nie? Zw³aszcza teraz gdy zosta³a okradziona. A mo¿e nie wie? Mo¿e wyrzuci³a to co znalaz³a w „skrzynce” obok, tak jak on spali³ jej listy, zupe³nie nieœwiadomie? Nic o niej nie wiedzia³. Nie wiedzia³ jaka jest i co mog³a uczyniæ. Przychodzi³ co rano, ale „wys³a³” tylko dwa zupe³nie nowe listy, ju¿ œwiadomie zostawiaj¹c je w jej drzewie. Ale nic poza nimi tam nie by³o. A¿ któregoœ dnia, oniemia³y z wra¿enia, na miêkkich nogach, dr¿¹cymi d³oñmi wyj¹³ z dziupli kopertê. Ca³y dzieñ celebrowa³ ten list, nosi³ go pod sercem jak najcenniejszy skarb i z pewnym ¿alem postanowi³ go w koñcu otworzyæ.

„Piotr odszed³. Jest ju¿ prawie gotowy do wyjazdu. Ja te¿ jestem gotowa. Jeszcze czujê w ca³ej sobie przejmuj¹cy smutek, jeszcze ci¹gle ca³a ja rozpadam siê na kawa³ki, ale gdzieœ bardzo daleko, ta moja ma³a, wewnêtrzna dziewczynka przemyka ze swoim ³obuzerskim uœmiechem. Ju¿ wiem, ¿e bêdzie dobrze.... „

Przerwa³ czytanie, gdy poczu³ jak po jego policzku tocz¹ siê ³zy. Najpierw jedna, póŸniej nastêpna, a w koñcu nie by³ w stanie powstrzymaæ p³aczu. A gdy przesta³ p³akaæ, zacz¹³ siê œmiaæ. I œmia³ siê tak, bardzo, bardzo d³ugo. I by³ to Wielki Œmiech, œmiech Szczêœliwego Cz³owieka.

„... nastêpny album.” Nie wiedzia³, co czyta, a nie chcia³ uroniæ ani jednego s³owa. Tak d³ugo przecie¿ na nie czeka³.

„ Iga i Pawe³ wydali nastêpny album. Tamten sprzeda³ siê zadziwiaj¹co dobrze. Œmia³am siê, ¿e wierszy starczy mi jeszcze na dziesiêæ, a Pawe³ powiedzia³, ¿e jemu nie starczy zdjêæ. Zabawne to wszystko. Iga jest chyba trochê zazdrosna. Mia³am nadziejê, ¿e w drugim albumie bêd¹ jej zdjêcia. Tylko jej. W koñcu pojawi³y siê dwa. Pozosta³e robi³ Pawe³. Szkoda, album wyszed³ bardzo dobrze, ale móg³by byæ równie wspania³y, gdy by wiersze ilustrowa³a zdjêciami Iga. W koñcu kobieta... Wczoraj te¿ dzwoni³ Mateusz. Ju¿ du¿o spokojniejszy. Po naszej wspólnej rozmowie, gdy Piotr t³umaczy³ mu co i jak i dlaczego nie bardzo móg³ uwierzyæ. Tak jak mnie, i jego najbardziej zaskoczy³ rozwód. Nie umia³ zrozumieæ Piotra, choæ powinno mu byæ ³atwiej ni¿ mnie, s¹ przecie¿ tak do siebie podobni...

Jest taki zaczarowany wieczór. W³aœciwie nie wiem dlaczego piszê i dla kogo. Chyba nie muszê ju¿ pisaæ.

Okaza³o siê, ¿e w drzewie obok, ktoœ inny, tak jak ja, zostawia³ listy. Ciekawe, czy teraz czyta co piszê. Kim jesteœ? I czy nie wiesz, ¿e nie jesteœ mi ju¿ potrzebny? Wziê³am to co zostawi³eœ, ale nie czyta³am. Nie przeczyta³am dot¹d ¿adnego z twoich listów, dlaczego teraz mia³oby byæ inaczej? Powiedz.

Pozdrawiam Ciê ciep³o, Lidia.”

Przeczyta³ jeszcze raz, ten ostatni fragment. Ten dla niego.

Nie by³o mu do œmiechu. Ona nie wiedzia³a jednak, ¿e z ca³ej dziupli listów, mia³ tylko jeden, którego dot¹d nie czyta³. Wci¹¿ wydawa³o mu siê, ¿e nie ma prawa.... Dlaczego ona nie przeczyta³a jego listów? Nie wiedzia³.

Pies upomina³ siê o spacer. Koty by³y znowu g³odne. 4 rano. Najlepsza pora na wyjœcie z domu...

 

Akt IV: SYMFONIA

 

Wszystko nagle nabra³o symbolicznego znaczenia. Chodzenie na spacer, praca, jedzenie, odbieranie telefonów, mycie r¹k, zêbów, nóg, balsam i rozczochrane w³osy. Wszystko nagle sta³o siê pe³ne treœci. Nie by³o ju¿ zwyczajn¹, wykonywan¹ pó³automatycznie czynnoœci¹. Tak¿e rzeczy by³y jakby siebie pe³niejsze. Herbata smakowa³a herbat¹ a zupa pomidorowa, pe³na by³a zupy pomidorowej...

Lidia odkry³a smaki, zapachy, kolory zupe³nie niespodziewanie. Któregoœ ranka obudzi³a siê i by³y. I chocia¿ minê³o ju¿ wiele dni, wci¹¿ zaskakiwa³a j¹ intensywnoœæ wszystkiego co robi³a, co j¹ otacza³o, czego dotyka³a i czym by³a.

£yka³a zach³annie ka¿d¹ chwilê dnia i chocia¿ zauwa¿a³a, gdy mija³y kolejne dni – bo czas jak wszystko wype³niony by³ treœci¹, to i nie zauwa¿a³a tych dni.

Nie czeka³a i nie spieszy³a siê. Odkry³a wiêc, ¿e to w³aœnie nie czekanie i nie spieszenie siê nadaje ¿yciu tej pe³ni, która j¹ tak wch³onê³a.

 

Akt V: SEN

 

Przez kilka dni trwa³ w stanie nerwowego pobudzenia. To wpada³ w dzik¹ radoœæ, to znów przygnêbiony snu³ siê po domu i p³aka³. Têskni³ i wtedy by³o mu Ÿle. Czasem wpada³ w stan mi³ej melancholii, gdy wyobra¿a³ sobie to wymarzone spotkanie, to znów to samo spotkanie wydawa³o mu siê byæ kompletnym niewypa³em i wtedy wœcieka³ siê na siebie i na ¿ycie, ¿e tyle czasu ju¿ straci³. Wygadywa³ sobie od idiotów, imbecyli i gówniarzy, by znów w przyp³ywie nag³ego szczêœcia œmiaæ siê jak dziecko.

G³aska³ koty, gotowa³ obiad, s³ucha³ muzyki, pisa³, chodzi³ z psem na spacer, jeŸdzi³ na rowerze, z rzadka wybiera³ siê nawet z Katarzyn¹ do znajomych i na zakupy, ale wszêdzie by³ jej pe³ny po brzegi i wszêdzie trwa³ w jednym z tych dzikich i ekstremalnych nastrojów.

Trwa³o to ca³kiem d³ugo. Nie wiedzia³ ile dni. Jemu siê zawsze dni miesza³y, a teraz bardziej jeszcze ni¿ zwykle. Spa³ ma³o. Czasem udawa³o mu siê po³o¿yæ na nocne dwie godziny, ale nawet we œnie by³a przy nim, on przy niej i nawet wtedy prze¿ywa³ te swoje zach³yœniêcia ni¹ i jej brakiem. Gdy spa³ w dzieñ, co zdarza³o siê jeszcze rzadziej, nie œni³ nic, albo by³y to wy³¹cznie koszmary.

Pomyœla³, ¿e gdyby nie by³ ju¿ tak nienormalny, ¿e a¿ zupe³nie, ca³kowicie normalny, to pewnie by zwariowa³. Ta normalnoœæ bra³a swoje Ÿród³o w szczeroœci. Wobec siebie przede wszystkim, w³asnych prze¿yæ, uczuæ, ale i reszty œwiata, co nastêpuje ju¿ niemal automatycznie.

W stan apatii wpad³ dopiero, gdy któregoœ piêknego poranka, czyli o zwyk³e, spacerowej porze, miêdzy 4 a 5 nad ranem, poszed³ wreszcie pod drzewo. Ju¿ gdy szed³, z ka¿dym krokiem uœwiadamia³ sobie swoj¹ g³upotê. Jak w koñcu wyliczy³, list zostawi³ 3 tygodnie temu – a by³o to trzy miesi¹ce po tym, gdy pierwszy raz j¹ ujrza³ – wiêc mog³a zostawiæ odpowiedŸ ju¿ nastêpnego dnia, a nawet tego samego, czego on by nie zrobi³, ale ona niewiadomo. Tym samym mog³o ju¿ byæ dawno po terminie spotkania, o które j¹ prosi³, w dodatku jego na nim nie by³o... Rozpacz, strach i nadzieje kot³owa³y siê w nim, ale dopiero zupe³nie pusta dziupla wype³ni³a kielich.

Tak wiêc nastêpne kilka dni mia³ spêdziæ w smutnej apatii przerywanej napadami nadziei, gdy co rano szed³ zobaczyæ, czy napisa³a i ¿alu, gdy nic nie znajdowa³.

W tym czasie poznawa³ j¹ coraz lepiej. Œledzi³ prawie ka¿dy jej krok, choæ nie bez przerwy.... Wiedzia³, kiedy wychodzi do pracy, kiedy wraca, przeczyta³ wszystko co napisa³a zawodowo, bo poezje poch³on¹³ i ch³on¹³ nadal, gdy tylko z pierwszego jej listu dowiedzia³ siê, ¿e istnieje. By³ kilka razy dziennie na stronie www przez ni¹ zbudowanej, a noc¹ pozwala³ sobie czasami, na wpatrywanie siê w zdjêcia, które œci¹gn¹³ ze strony. Nie przeszkadza³o mu, ¿e w wiêkszoœci nie by³a na nich sama. Obaj mê¿czyŸni – i syn i m¹¿ – wydawali siê sympatyczni, ale poza bezspornym stwierdzeniem, ¿e nie mo¿e byæ inaczej bo s¹ „jej” nie poœwiêca³ obu panom wiêcej uwagi.

Za to ona by³a ca³ym jego œwiatem, który teraz nagle zawis³ na w³osku.

 

Akt VI: ZBLI¯ENIE

 

- Czeœæ – g³os w s³uchawce zabrzmia³ niepewnie i dr¿¹co

- Czeœæ!... – odpowiedzia³a lekko siê do siebie uœmiechaj¹c.

- Mi³o siê us³yszeæ – powiedzia³.

- Tak – odpowiedzia³a, nic lepszego nie przysz³o jej do g³owy.

- Nie bêdê ci przeszkadza³. Chcia³em tylko us³yszeæ ciê przez chwilê.

- Dobrze. Nie przeszkadzasz mi. – odrzek³a zgodnie z prawd¹. Nie mia³a nic zaplanowanego, nic szczególnego nie robi³a. Zreszt¹ i tak nie móg³ jej przeszkodziæ, niezale¿nie od tego kiedy by zadzwoni³.

- Wiesz, bardzo chcia³em zadzwoniæ. Ju¿ dawno. Rozczarowa³em ciê? – zapyta³ nagle po chwili ciszy w s³uchawce.

- Nie. Dlaczego?

- Mog³aœ spodziewaæ siê czegoœ innego.

- Niczego siê nie spodziewa³am. – odpar³a zgodnie z prawd¹.

- Jestem bardzo szczêœliwy, ¿e ciê s³yszê.

- Ja te¿ siê cieszê...

- Tak. Nie bêdê przed³u¿a³. Dziêki. Mogê jeszcze kiedyœ zadzwoniæ?

- Mo¿esz.

- To na razie.

- Czeœæ! – od³o¿y³a s³uchawkê.

Dziwna by³a ta rozmowa. Nie wspomnia³ s³owem o listach. Ani o spotkaniu. L. Zastanawia³a siê przez moment sk¹d ma numer telefonu, ale nie by³ on przecie¿ zastrze¿ony. Wróci³ do pokoju i jeszcze raz przeczyta³a list znaleziony ponad miesi¹c temu.

„Spali³em wszystkie twoje listy. Przepraszam. Zrobi³em to niechc¹cy. Myœla³em, ¿e to moje. Zosta³ jeden, chyba ostatni. Nie czyta³em go. Listy, które wziê³aœ s¹ pisane przeze mnie. Mo¿esz z nimi zrobiæ co chcesz. Pisa³em je dla ciebie.

Bardzo chcia³bym spotkaæ siê z tob¹ i porozmawiaæ. Daj mi znaæ jaki dzieñ i jaka godzina by ci odpowiada³y. Chyba, ¿e nie chcesz. Zrozumiem to oczywiœcie. JK.”

Lidia zamyœli³a siê. Tamtych listów nie przeczyta³a. Najpierw dlatego, ¿e myœla³a, ¿e s¹ jej. PóŸniej, gdy przeczyta³a ju¿ ten list, dlatego, ¿e chcia³a byæ w porz¹dku. W koñcu on te¿ nie przeczyta³ jej listów. Mo¿e s³usznie. Mo¿e w cale nie by³y dla niego? Ale on pisa³ dla niej. Do niej. Wiedzia³a o tym od razu. Powinna wiêc mo¿e przeczytaæ te listy?

„Dobrze. Spotkamy siê w pi¹tek. Za tydzieñ. 21-ego grudnia. Bêdê sta³a na moœcie, przy g³ównej ulicy w mieœcie. Nie wiem jak wygl¹dasz, wiêc to ty musisz podejœæ do mnie. L.”

Przeczyta³a i doda³a jeszcze „o 12 w po³udnie”. Zanios³a list w rozwidlenie ga³êzi drzewa i wróci³a do pracy na komputerze.

 

Akt VII: MOST

 

Sta³ dr¿¹cy i czeka³. Nie by³o zimno, ani mokro, ale on nie z zimna tak dygota³. By³a 10:15. Zacz¹³ myœleæ, ¿e to nie by³ dobry pomys³ przychodziæ tutaj tak wczeœnie.

 

Akt VIII: DLACZEGO BY NIE?

 

„Dlaczego by nie?”. Myœla³a id¹c na to spotkanie. Dlaczego by nie pozwoliæ umieœciæ siê w z³otej klatce, w zamku..., w ogrodzie pe³nym kwiatów..., zapachów... i kolorów... i œpiewu ptaków...?. „Pozwolê ci byæ tym kim jesteœ, sprawiê, ¿e ka¿da chwila bêdzie jak wiersz, pozwolê ci tak ¿yæ jak piszesz – do koñca.., bêdê czyta³ ci wiersze, g³ównie twoje, bo te s¹ najpiêkniejsze i bêdziemy s³uchaæ muzyki, poka¿ê ci najpiêkniejsz¹ muzykê i ogl¹dniemy razem najpiêkniejsze filmy. Zabiorê ciê w góry, w moje góry, zobaczysz je, naprawdê, s¹ inne. I bêdê ciê kocha³ kiedy tylko bêdziesz chcia³a, albo tylko trzyma³ ciê za rêkê, g³aska³ i ³askota³, cokolwiek. Jeœli nie bêdziesz chcia³a, nie bêdzie nic. Ale wiem, ¿e zechcesz. Nie mog³oby byæ inaczej – kocham ciê. A jeœli powiesz, ¿e ju¿ nie, znudzisz siê, wszystko jedno, pozwolê ci odejœæ. Bêdê p³aka³ – na pewno – ale nie bêdê ciê zatrzymywa³... Jeœli pozwolisz mi pokazaæ moj¹ mi³oœæ, nie bêdziesz chcia³a odejœæ zbyt szybko, a mo¿e nawet i nigdy....”. Wiêc sz³a spokojna. Pewna. Bo przecie¿: „dlaczego by nie?”.

 

Akt XIX: BIEL

 

Most by³ bia³y. P³atki œniegu wci¹¿ wymazywa³y kolejne ludzkie œlady. I nie by³o nic na tym moœcie, oprócz œniegu.

 

THE END

 

 

 

 



Komentarze(1)   Skomentuj< poprzedni (Ani trochê)