ZAMIAST WSTÊPU
„Hej!
Zaczynam pisaæ
opowiadanie. Jest inne ni¿ J. Mo¿e bardziej, a mo¿e mniej tragiczne.
Ona pisze
swoje listy i wrzuca je do ukrytej „skrzynki” w rozwidleniu ga³êzi drzewa.
On robi to
samo. Ale nie wymieniaj¹ siê listami, jak to ma miejsce w wersji J., bo w ogóle
o sobie nie wiedz¹. Jego drzewo roœnie dwa kroki dalej...
On wrzuca
swoje listy, jak u J. rano, ona wieczorem – te¿ jak w opowiadaniu J. To trwa
kilka lat. Dopóki jedno z nich siê nie pomyli.....”
Akt
I: TA-DAM
By³ wœciek³y,
zdesperowany, podszed³ pod drzewo i wyci¹gn¹³ te wszystkie cholerne,
nieprzeczytane listy. Poszed³ wieczorem, póŸnym wieczorem, jak jeszcze nigdy tu
nie by³. Pierwotnie mia³ je zabraæ do domu i tam zniszczyæ, ale w koñcu jaka to
ró¿nica gdzie i kiedy, a lepiej ju¿, teraz, na miejscu. Siad³ przy ogniu i
wrzuca³ po kolei kartki, nawet na nie nie patrz¹c, Dygota³ ca³y, z zimna i ze
z³oœci i z wielkiego, najwiêkszego na œwiecie smutku. By³ chory z rozpaczy...
Mokre od ³ez i wilgoci kartki nie chcia³y siê paliæ, ale targa³ je, a ma³e
strzêpki ogieñ porywa³. Sz³o mu Ÿle i ciê¿ko. Nie wiele widzia³, nie widzia³
liter, ani nie zauwa¿a³, jak szybko ubywa mu pod rêkami papieru i ju¿, ju¿ mia³
wrzuciæ ten ostatni list i odetchn¹æ, albo rozp³akaæ siê na dobre, albo zacz¹æ
siê œmiaæ, zatañczyæ i skuliæ siê w k³êbek jednoczeœnie, gdy ciszê rozproszy³
odg³os czyichœ szybkich kroków. Jakaœ kobieta podesz³a do drzewa i siêgnê³a
rêk¹ w rozwidlenie ga³êzi. Zauwa¿y³ pop³och i nag³e zaskoczenie, gdy siêgnê³a
jeszcze raz i nerwowo rozejrza³a siê w oko³o. Na pewno widzia³a i ogieñ i
mê¿czyznê siedz¹cego przy ogniu, ale na pewno te¿, nie by³a w stanie dojrzeæ co
robi....
Przesz³a kilka
kroków i przystanê³a. Stanê³a teraz przy „jego” drzewie i powoli, bardzo powoli
jeszcze raz wyci¹gnê³a rêkê. By³y tam wszystkie, te nieodebrane listy.
Spojrza³ na
ten, który ci¹gle trzyma³ w rêce. Jeszcze nie móg³ uwierzyæ.... Co w takim
razie przed chwil¹ zniszczy³, skoro jego s³owa do tej chwili pozostawa³y w
ukryciu? Poczu³ przera¿enie, zaskoczenie, ale i dziwnie poczu³ siê szczêœliwy,
gdy uœwiadomi³ sobie, ¿e o to istnia³ drugi cz³owiek, kobieta, jego wymarzona
kobieta, która tak jak on pisa³a swoje wo³ania i swoje spowiedzi i marzenia i
tak jak on dla niej, pozostawia³a je dla niego.
Spojrza³ na
ten ostatni list. Jej list. Teraz dopiero zauwa¿y³, ¿e wygl¹da inaczej ni¿ jego....
Podniós³ siê i chcia³ j¹ zawo³aæ, ale ona oddala³a siê pospiesznie. Z
naprzeciwka nadszed³ mê¿czyzna z psem. Przytuli³ j¹ do siebie i oddalili siê
razem. Paczkê listów zd¹¿y³a pewnie schowaæ w plecaku, przewieszonym niedbale
przez lewe ramiê.
Poszed³ za
nimi, ale oni nie szli daleko. Wkrótce skrêcili w boczn¹ drogê i weszli do
jednej z bram szeregowych domków. Zapamiêta³, który to dom i wróci³ do ogniska.
Trzyma³ w rêce ten ostatni list nie wiedz¹c co z nim zrobiæ. Nie œmia³ go
jednak ju¿ teraz otworzyæ.
Akt
II: ONA
Usiad³a na
³ó¿ku. Minê³o kilka dni od kiedy postanowi³a wiêcej nie pisaæ. Piotr wniós³
pozew o rozwód, chocia¿ nadal mieszkali razem. Wiedzia³a, ¿e nied³ugo siê
wyprowadzi. Spokojnie, stanowczo i kulturalnie. Tak jak kulturalnie i spokojnie
przedstawi³ jej miesi¹c wczeœniej swoje argumenty. Nie mog³a nie przyznaæ mu
racji, a jednak jej œwiat siê rozpada³, z ka¿dym jego s³owem:
- Nie mo¿emy tak dalej. Ja nie mogê,
a przecie¿ widzê, ¿e ty te¿ nie. – Milcza³a, nie przytaknê³a, nie zaprzeczy³a,
s³ucha³a. – To nie ma sensu. Nasz zwi¹zek, nasze ma³¿eñstwo nie ma sensu. A
teraz gdy Mateusz siê wyprowadzi³ – „poszed³ tylko na studia” pomyœla³a – teraz
mo¿emy ju¿ pójœæ ka¿de swoj¹ drog¹.... Potrzebujê zmiany. Mówi³em ci o
Australii, to ju¿ postanowione, przepraszam, ale wyje¿d¿am. – W g³osie Piotra,
ani w jego oczach nie by³o skruchy.
- Kiedy wrócisz? – Zapyta³a
jeszcze.
- Nied³ugo. Za rok pierwszy raz,
a póŸniej bêdê przyje¿d¿a³ czêœciej, co pó³ roku, do Mateusza i do ciebie....
Rozmawiali ju¿ wiele razu o tym wyjeŸdzie.
Lidia by³a temu przeciwna. Nie chcia³a, aby Piotr by³ tak daleko, sama te¿ nie
chcia³a jechaæ z nim. Jej rodzice byli ju¿ coraz s³absi. Potrzebowa³a jej
zw³aszcza mama.
By³ tak¿e problem Mateusza. Wiele
razy Piotr odwleka³ swoj¹ decyzjê, gdy t³umaczy³a mu, ¿e nie mo¿e na tak d³ugo
zostawiæ syna... Ju¿ gdy Mateusz skoñczy³ 18 lat, wyjazd by³ prawie
przes¹dzony. Zosta³, aby byæ przy maturze i egzaminach na studia. Teraz syn da³
mu ju¿ woln¹ drogê, a ona sama nigdy nie stanowi³a przeszkody. Kocha³ j¹, by³a
tego pewna. Tak jak pewna by³a swoich w³asnych uczuæ do niego. Listy to by³a
jej druga przystañ, nieznany, choæ tak bardzo bliski ich adresat.
Nie spodziewa³a siê
jednak rozwodu. Jej zdaniem by³ zupe³nie niepotrzebny. Piotr uwa¿a³ inaczej.
- To fikcyjne ma³¿eñstwo, nie
bêdzie mia³o sensu. – przekonywa³ – Nie mogê wi¹zaæ ciê przy sobie – „siebie
przy mnie” poprawi³a w myœlach – skoro bêdziemy razem tak rzadko.
Zdoby³a siê wtedy na uœmiech.
Poklepa³a go po ramieniu, pog³aska³a po g³owie, by³o jej ¿al patrzeæ jak siê
mêczy.
- Dobrze. Ale to ty z³o¿ysz
wniosek – zgodzi³a siê wtedy.
Wiêc kiedy Piotr
z³o¿y³ wniosek, postanowi³a zaprzestaæ pisania listów. Nie potrafi³aby ich
oddzieliæ od ¿ycia z Piotrem. Bez niego nie mia³y sensu, choæ absurdalnie mia³y
sens tylko bez niego.
Uœmiechnê³a siê do
siebie „ co ja mam z wami zrobiæ?” myœla³a, „przeczytaæ?, e nie, ju¿ wystarczy,
¿e je napisa³am...”. Tylko jakoœ ¿al jej by³o wyrzucaæ. Le¿a³y wiêc w plecaku
ponad tydzieñ, a ona przez ten czas omija³a je z daleko. Pomaga³a Piotrowi w
przygotowaniach do podró¿y, za³atwia³a ró¿ne papiery, kupowa³a niezbêdne mu
rzeczy, rozmawia³a o przysz³oœci syna, tylko od spraw rozwodu trzyma³a siê z
daleka. To by³ Piotra pomys³, nie jej, niech wiêc tym siê sam zajmuje, skoro
chce....
Akt
III: ON
D³ugo nie wiedzia³,
co z t¹ pomy³k¹ zrobiæ. Czy ona siê ju¿ zorientowa³a, co zrobi³a? Dlaczego od
tak dawna nie by³o ¿adnej wiadomoœci na drzewie? Przecie¿ nie mog³a tak na
zawsze przestaæ pisaæ. Mia³a prawo mieæ doœæ i tak jak on chcieæ wyrzuciæ te
wszystkie s³owa do nik¹d, ale przecie¿ nie na zawsze.... Nie na zawsze? A
dlaczego by nie? Zw³aszcza teraz gdy zosta³a okradziona. A mo¿e nie wie? Mo¿e
wyrzuci³a to co znalaz³a w „skrzynce” obok, tak jak on spali³ jej listy,
zupe³nie nieœwiadomie? Nic o niej nie wiedzia³. Nie wiedzia³ jaka jest i co
mog³a uczyniæ. Przychodzi³ co rano, ale „wys³a³” tylko dwa zupe³nie nowe listy,
ju¿ œwiadomie zostawiaj¹c je w jej drzewie. Ale nic poza nimi tam nie by³o. A¿
któregoœ dnia, oniemia³y z wra¿enia, na miêkkich nogach, dr¿¹cymi d³oñmi wyj¹³
z dziupli kopertê. Ca³y dzieñ celebrowa³ ten list, nosi³ go pod sercem jak
najcenniejszy skarb i z pewnym ¿alem postanowi³ go w koñcu otworzyæ.
„Piotr odszed³. Jest ju¿ prawie
gotowy do wyjazdu. Ja te¿ jestem gotowa. Jeszcze czujê w ca³ej sobie
przejmuj¹cy smutek, jeszcze ci¹gle ca³a ja rozpadam siê na kawa³ki, ale gdzieœ
bardzo daleko, ta moja ma³a, wewnêtrzna dziewczynka przemyka ze swoim
³obuzerskim uœmiechem. Ju¿ wiem, ¿e bêdzie dobrze.... „
Przerwa³ czytanie,
gdy poczu³ jak po jego policzku tocz¹ siê ³zy. Najpierw jedna, póŸniej
nastêpna, a w koñcu nie by³ w stanie powstrzymaæ p³aczu. A gdy przesta³ p³akaæ,
zacz¹³ siê œmiaæ. I œmia³ siê tak, bardzo, bardzo d³ugo. I by³ to Wielki
Œmiech, œmiech Szczêœliwego Cz³owieka.
„... nastêpny album.” Nie
wiedzia³, co czyta, a nie chcia³ uroniæ ani jednego s³owa. Tak d³ugo przecie¿
na nie czeka³.
„ Iga i Pawe³ wydali nastêpny
album. Tamten sprzeda³ siê zadziwiaj¹co dobrze. Œmia³am siê, ¿e wierszy starczy
mi jeszcze na dziesiêæ, a Pawe³ powiedzia³, ¿e jemu nie starczy zdjêæ. Zabawne
to wszystko. Iga jest chyba trochê zazdrosna. Mia³am nadziejê, ¿e w drugim
albumie bêd¹ jej zdjêcia. Tylko jej. W koñcu pojawi³y siê dwa. Pozosta³e robi³
Pawe³. Szkoda, album wyszed³ bardzo dobrze, ale móg³by byæ równie wspania³y,
gdy by wiersze ilustrowa³a zdjêciami Iga. W koñcu kobieta... Wczoraj te¿
dzwoni³ Mateusz. Ju¿ du¿o spokojniejszy. Po naszej wspólnej rozmowie, gdy Piotr
t³umaczy³ mu co i jak i dlaczego nie bardzo móg³ uwierzyæ. Tak jak mnie, i jego
najbardziej zaskoczy³ rozwód. Nie umia³ zrozumieæ Piotra, choæ powinno mu byæ
³atwiej ni¿ mnie, s¹ przecie¿ tak do siebie podobni...
Jest taki zaczarowany wieczór.
W³aœciwie nie wiem dlaczego piszê i dla kogo. Chyba nie muszê ju¿ pisaæ.
Okaza³o siê, ¿e w drzewie obok,
ktoœ inny, tak jak ja, zostawia³ listy. Ciekawe, czy teraz czyta co piszê. Kim
jesteœ? I czy nie wiesz, ¿e nie jesteœ mi ju¿ potrzebny? Wziê³am to co zostawi³eœ,
ale nie czyta³am. Nie przeczyta³am dot¹d ¿adnego z twoich listów, dlaczego
teraz mia³oby byæ inaczej? Powiedz.
Pozdrawiam Ciê ciep³o, Lidia.”
Przeczyta³ jeszcze
raz, ten ostatni fragment. Ten dla niego.
Nie by³o mu do
œmiechu. Ona nie wiedzia³a jednak, ¿e z ca³ej dziupli listów, mia³ tylko jeden,
którego dot¹d nie czyta³. Wci¹¿ wydawa³o mu siê, ¿e nie ma prawa.... Dlaczego
ona nie przeczyta³a jego listów? Nie wiedzia³.
Pies upomina³ siê o
spacer. Koty by³y znowu g³odne. 4 rano. Najlepsza pora na wyjœcie z domu...
Akt
IV: SYMFONIA
Wszystko nagle
nabra³o symbolicznego znaczenia. Chodzenie na spacer, praca, jedzenie,
odbieranie telefonów, mycie r¹k, zêbów, nóg, balsam i rozczochrane w³osy.
Wszystko nagle sta³o siê pe³ne treœci. Nie by³o ju¿ zwyczajn¹, wykonywan¹
pó³automatycznie czynnoœci¹. Tak¿e rzeczy by³y jakby siebie pe³niejsze. Herbata
smakowa³a herbat¹ a zupa pomidorowa, pe³na by³a zupy pomidorowej...
Lidia odkry³a smaki,
zapachy, kolory zupe³nie niespodziewanie. Któregoœ ranka obudzi³a siê i by³y. I
chocia¿ minê³o ju¿ wiele dni, wci¹¿ zaskakiwa³a j¹ intensywnoœæ wszystkiego co
robi³a, co j¹ otacza³o, czego dotyka³a i czym by³a.
£yka³a zach³annie
ka¿d¹ chwilê dnia i chocia¿ zauwa¿a³a, gdy mija³y kolejne dni – bo czas jak wszystko
wype³niony by³ treœci¹, to i nie zauwa¿a³a tych dni.
Nie czeka³a i nie
spieszy³a siê. Odkry³a wiêc, ¿e to w³aœnie nie czekanie i nie spieszenie siê
nadaje ¿yciu tej pe³ni, która j¹ tak wch³onê³a.
Akt
V: SEN
Przez kilka dni trwa³
w stanie nerwowego pobudzenia. To wpada³ w dzik¹ radoœæ, to znów przygnêbiony
snu³ siê po domu i p³aka³. Têskni³ i wtedy by³o mu Ÿle. Czasem wpada³ w stan
mi³ej melancholii, gdy wyobra¿a³ sobie to wymarzone spotkanie, to znów to samo
spotkanie wydawa³o mu siê byæ kompletnym niewypa³em i wtedy wœcieka³ siê na
siebie i na ¿ycie, ¿e tyle czasu ju¿ straci³. Wygadywa³ sobie od idiotów, imbecyli
i gówniarzy, by znów w przyp³ywie nag³ego szczêœcia œmiaæ siê jak dziecko.
G³aska³ koty, gotowa³
obiad, s³ucha³ muzyki, pisa³, chodzi³ z psem na spacer, jeŸdzi³ na rowerze, z
rzadka wybiera³ siê nawet z Katarzyn¹ do znajomych i na zakupy, ale wszêdzie
by³ jej pe³ny po brzegi i wszêdzie trwa³ w jednym z tych dzikich i
ekstremalnych nastrojów.
Trwa³o to ca³kiem
d³ugo. Nie wiedzia³ ile dni. Jemu siê zawsze dni miesza³y, a teraz bardziej
jeszcze ni¿ zwykle. Spa³ ma³o. Czasem udawa³o mu siê po³o¿yæ na nocne dwie godziny,
ale nawet we œnie by³a przy nim, on przy niej i nawet wtedy prze¿ywa³ te swoje
zach³yœniêcia ni¹ i jej brakiem. Gdy spa³ w dzieñ, co zdarza³o siê jeszcze
rzadziej, nie œni³ nic, albo by³y to wy³¹cznie koszmary.
Pomyœla³, ¿e gdyby
nie by³ ju¿ tak nienormalny, ¿e a¿ zupe³nie, ca³kowicie normalny, to pewnie by
zwariowa³. Ta normalnoœæ bra³a swoje Ÿród³o w szczeroœci. Wobec siebie przede
wszystkim, w³asnych prze¿yæ, uczuæ, ale i reszty œwiata, co nastêpuje ju¿
niemal automatycznie.
W stan apatii wpad³
dopiero, gdy któregoœ piêknego poranka, czyli o zwyk³e, spacerowej porze,
miêdzy 4 a 5 nad ranem, poszed³ wreszcie pod drzewo. Ju¿ gdy szed³, z ka¿dym
krokiem uœwiadamia³ sobie swoj¹ g³upotê. Jak w koñcu wyliczy³, list zostawi³ 3
tygodnie temu – a by³o to trzy miesi¹ce po tym, gdy pierwszy raz j¹ ujrza³ –
wiêc mog³a zostawiæ odpowiedŸ ju¿ nastêpnego dnia, a nawet tego samego, czego
on by nie zrobi³, ale ona niewiadomo. Tym samym mog³o ju¿ byæ dawno po terminie
spotkania, o które j¹ prosi³, w dodatku jego na nim nie by³o... Rozpacz, strach
i nadzieje kot³owa³y siê w nim, ale dopiero zupe³nie pusta dziupla wype³ni³a
kielich.
Tak wiêc nastêpne
kilka dni mia³ spêdziæ w smutnej apatii przerywanej napadami nadziei, gdy co
rano szed³ zobaczyæ, czy napisa³a i ¿alu, gdy nic nie znajdowa³.
W tym czasie poznawa³
j¹ coraz lepiej. Œledzi³ prawie ka¿dy jej krok, choæ nie bez przerwy.... Wiedzia³,
kiedy wychodzi do pracy, kiedy wraca, przeczyta³ wszystko co napisa³a zawodowo,
bo poezje poch³on¹³ i ch³on¹³ nadal, gdy tylko z pierwszego jej listu dowiedzia³
siê, ¿e istnieje. By³ kilka razy dziennie na stronie www przez ni¹ zbudowanej,
a noc¹ pozwala³ sobie czasami, na wpatrywanie siê w zdjêcia, które œci¹gn¹³ ze
strony. Nie przeszkadza³o mu, ¿e w wiêkszoœci nie by³a na nich sama. Obaj
mê¿czyŸni – i syn i m¹¿ – wydawali siê sympatyczni, ale poza bezspornym
stwierdzeniem, ¿e nie mo¿e byæ inaczej bo s¹ „jej” nie poœwiêca³ obu panom
wiêcej uwagi.
Za to ona by³a ca³ym
jego œwiatem, który teraz nagle zawis³ na w³osku.
Akt
VI: ZBLI¯ENIE
- Czeœæ – g³os w s³uchawce
zabrzmia³ niepewnie i dr¿¹co
- Czeœæ!... – odpowiedzia³a lekko
siê do siebie uœmiechaj¹c.
- Mi³o siê us³yszeæ – powiedzia³.
- Tak – odpowiedzia³a, nic
lepszego nie przysz³o jej do g³owy.
- Nie bêdê ci przeszkadza³.
Chcia³em tylko us³yszeæ ciê przez chwilê.
- Dobrze. Nie przeszkadzasz mi. –
odrzek³a zgodnie z prawd¹. Nie mia³a nic zaplanowanego, nic szczególnego nie
robi³a. Zreszt¹ i tak nie móg³ jej przeszkodziæ, niezale¿nie od tego kiedy by
zadzwoni³.
- Wiesz, bardzo chcia³em
zadzwoniæ. Ju¿ dawno. Rozczarowa³em ciê? – zapyta³ nagle po chwili ciszy w
s³uchawce.
- Nie. Dlaczego?
- Mog³aœ spodziewaæ siê czegoœ
innego.
- Niczego siê nie spodziewa³am. –
odpar³a zgodnie z prawd¹.
- Jestem bardzo szczêœliwy, ¿e
ciê s³yszê.
- Ja te¿ siê cieszê...
- Tak. Nie bêdê przed³u¿a³.
Dziêki. Mogê jeszcze kiedyœ zadzwoniæ?
- Mo¿esz.
- To na razie.
- Czeœæ! – od³o¿y³a s³uchawkê.
Dziwna by³a ta
rozmowa. Nie wspomnia³ s³owem o listach. Ani o spotkaniu. L. Zastanawia³a siê
przez moment sk¹d ma numer telefonu, ale nie by³ on przecie¿ zastrze¿ony. Wróci³
do pokoju i jeszcze raz przeczyta³a list znaleziony ponad miesi¹c temu.
„Spali³em wszystkie twoje listy.
Przepraszam. Zrobi³em to niechc¹cy. Myœla³em, ¿e to moje. Zosta³ jeden, chyba
ostatni. Nie czyta³em go. Listy, które wziê³aœ s¹ pisane przeze mnie. Mo¿esz z
nimi zrobiæ co chcesz. Pisa³em je dla ciebie.
Bardzo chcia³bym spotkaæ siê z
tob¹ i porozmawiaæ. Daj mi znaæ jaki dzieñ i jaka godzina by ci odpowiada³y.
Chyba, ¿e nie chcesz. Zrozumiem to oczywiœcie. JK.”
Lidia zamyœli³a siê.
Tamtych listów nie przeczyta³a. Najpierw dlatego, ¿e myœla³a, ¿e s¹ jej.
PóŸniej, gdy przeczyta³a ju¿ ten list, dlatego, ¿e chcia³a byæ w porz¹dku. W
koñcu on te¿ nie przeczyta³ jej listów. Mo¿e s³usznie. Mo¿e w cale nie by³y dla
niego? Ale on pisa³ dla niej. Do niej. Wiedzia³a o tym od razu. Powinna wiêc
mo¿e przeczytaæ te listy?
„Dobrze. Spotkamy siê w pi¹tek.
Za tydzieñ. 21-ego grudnia. Bêdê sta³a na moœcie, przy g³ównej ulicy w mieœcie.
Nie wiem jak wygl¹dasz, wiêc to ty musisz podejœæ do mnie. L.”
Przeczyta³a i doda³a jeszcze „o
12 w po³udnie”. Zanios³a list w rozwidlenie ga³êzi drzewa i wróci³a do
pracy na komputerze.
Akt
VII: MOST
Sta³ dr¿¹cy i
czeka³. Nie by³o zimno, ani mokro, ale on nie z zimna tak dygota³. By³a 10:15.
Zacz¹³ myœleæ, ¿e to nie by³ dobry pomys³ przychodziæ tutaj tak wczeœnie.
Akt
VIII: DLACZEGO BY NIE?
„Dlaczego by nie?”.
Myœla³a id¹c na to spotkanie. Dlaczego by nie pozwoliæ umieœciæ siê w z³otej
klatce, w zamku..., w ogrodzie pe³nym kwiatów..., zapachów... i kolorów... i
œpiewu ptaków...?. „Pozwolê ci byæ tym kim jesteœ, sprawiê, ¿e ka¿da chwila
bêdzie jak wiersz, pozwolê ci tak ¿yæ jak piszesz – do koñca.., bêdê czyta³ ci
wiersze, g³ównie twoje, bo te s¹ najpiêkniejsze i bêdziemy s³uchaæ muzyki,
poka¿ê ci najpiêkniejsz¹ muzykê i ogl¹dniemy razem najpiêkniejsze filmy.
Zabiorê ciê w góry, w moje góry, zobaczysz je, naprawdê, s¹ inne. I bêdê ciê
kocha³ kiedy tylko bêdziesz chcia³a, albo tylko trzyma³ ciê za rêkê, g³aska³ i
³askota³, cokolwiek. Jeœli nie bêdziesz chcia³a, nie bêdzie nic. Ale wiem, ¿e
zechcesz. Nie mog³oby byæ inaczej – kocham ciê. A jeœli powiesz, ¿e ju¿ nie,
znudzisz siê, wszystko jedno, pozwolê ci odejœæ. Bêdê p³aka³ – na pewno – ale
nie bêdê ciê zatrzymywa³... Jeœli pozwolisz mi pokazaæ moj¹ mi³oœæ, nie bêdziesz
chcia³a odejœæ zbyt szybko, a mo¿e nawet i nigdy....”. Wiêc sz³a spokojna.
Pewna. Bo przecie¿: „dlaczego by nie?”.
Akt
XIX: BIEL
Most by³ bia³y.
P³atki œniegu wci¹¿ wymazywa³y kolejne ludzkie œlady. I nie by³o nic na tym
moœcie, oprócz œniegu.
THE END