illusion of sense
[][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][]

                                


NAJNOWSZE TEKSTY
.....
zapomnę o tob...
***
bez snu
***
Jak czuję
Miłość
Dziecko
twoja podwójn...
na szczycie

NAJNOWSZE GFX
       

NAJNOWSZE FOTO
       

WYLOSOWANE
TEKSTY
  Jutro
  weekend
  księżyc w gor...
GRAFIKA  FOTO
    

NEWSLETTER
Nowości na Twój email

    adres:


Zapisanych: 263

LINKI
EUFONIA
wydawnictwo IOS
dustbox
niwidu.org
Sztuki Walki - BJJ
Magazyn .psd
implozja.pl
więcej odnośników

Blok 5 - 2002-12-22 - gish

Stuk. Stuk ,stuk. Miarowe bębnienie kropli deszczu o blaszany parapet było jedynym słyszalnym dźwiękiem. A teraz jest zielono! Jesteśmy w trawie u podnóża budynku numer 5. Patrząc w gorę widzimy trzy kolejne, posępne piętra tego bloku. Odrapane i pomalowane farbami mury zdają sie nie pasować do nieskazitelnej zieleni trawy. Strużki wody spływają z trawnika na podmurówkę i łączą sie z kroplami płynącymi w dół po ścianach. Pnąc sie wyżej mijamy okno pierwszego piętra, przez które widać pusty korytarz. Wszystko jest brudne i odrapane,ale proste kąty i regularność kształtów sprawiają, że czujemy ład i porządek tego miejsca. Choćby wyimaginowany. Ład ten psuje przewrócony kosz na śmieci i rozsypana popielniczka. Resztki popiołu na podłodze układają sie w jakiś wzór, którego z powodu spływającej po szybie wody nie widać dokładnie. Z zielonych niegdyś parapetów pozostało już niewiele ich dawnego uroku. Zielony zdecydowanie nie przypomina już koloru trawy znajdującej sie raptem piętro niżej. Następne piętro i podobny obraz, może z wyjątkiem przewróconego śmietnika. I jesteśmy u celu tej krótkiej wędrówki, trzecie - ostatnie piętro. Tutaj przez rozbitą szybę dostajemy się do środka. Uważajmy jednak na walające sie wszędzie na podłodze fragmenty ścian. Śmietnika nie ma. Nie ma również drzwi w najbliższym pokoju. Rozejrzyjmy się jeszcze. Z jakiegoś powodu warto tu być. Żółte ściany nie straciły zbyt wiele ze swojego koloru,ale wszędzie widać dziury, regularnego kształtu okrągłe dziurki. Fragmenty ściany z tych miejsc walają sie wszędzie na ziemi. Jakby to piętro stało się obiektem ataku gigantycznych korników. Ale nie widać w tych gruzach ani śladu życia.

W pokoju na lewo nikogo nie ma. Widać masę pustych butelek po piwie i winie. Na jedynym meblu - rozpadającym sie łóżku z bordowym materacem leży małe lusterko z jakimiś białymi śladami. Papierosy gaszone na linoleum zostawiły wypalone, okrągłe ślady na całej podłodze. Okna są szczelnie zasłonięte jasno-pomarańczowymi zasłonami jakby nie miały wpuścić ani promyka światła. Bez znaczenia - teraz i tak nie widać słońca. Gdzieniegdzie z sufitu korytarza cieknie woda,tworząc w kupie gruzu malutkie kałuże. Mijając zawalone schody i zabarykadowane meblami zejście zastanawiamy się, co tu zaszło. Przed nami po obu stronach znajdują się zamknięte szczelnie pokoje z tabliczkami. Tutaj widać, że drzwi w wielu przypadkach wiele przeszły. Jakby ktoś próbował sie wydostać, wypychając niektóre drzazgi na zewnątrz jakimś ostrym przedmiotem. W niektórych widać było podobne dziurki. Przez cześć z nich padały na korytarz smugi elektrycznego światła z pokojów.

Dokładnie miesiąc temu,w tym nieużywanym przez uniwersytet akademiku przeprowadzono trzymane w ścisłej tajemnicy badania psychologiczne. Jedyny psycholog, który o nich wiedział został przez nas przeoczony. Znajdował się pod parapetem okna pierwszego piętra. W ostatnich chwilach życia musiał przewrócić śmietnik i popielniczkę. Może chciał nam coś powiedzieć. Był jednak zbyt dobrze ukryty. Niemniej jednak poczujmy boskość. Wiemy już o tym, gdyż jakiś odgórny narrator opowiedział nam bardzo skąpą w szczegóły historię. Tak - był eksperyment.

Nieżyjący już dr. psychologii uniwersytetu warszawskiego był wyjątkowo ambitnym człowiekiem. Jego ambicja popchnęła go do nieetycznych zachowań. Można by rzec nieludzkich,ale czego sie nie robi dla dobra nauki. Już w połowie studiów zaczął stosować farmakologię. Interesował go głównie wpływ środków odurzających różnego typu na zachowania człowieka. Niewiele mu to widać pomogło, bo leży teraz martwy pod parapetem,niedaleko przewróconego śmietnika. Wyobraźmy go sobie jak ostatkiem sił trzymając sie za bok (czy coś mu sie stało?) wychodzi z klatki schodowej tuż przed jej zawaleniem i stara sie dojść do okna. W ostatniej chwili pada pod parapet zawadzając nogą o śmietnik,a głową o kaloryfer. Najwyraźniej uderzenie było zbyt silne. Załóżmy chociaż że nie cierpiał, bo faktycznie to o jego śmierci w zasadzie nie wiemy.

Wracamy do eksperymentu. Profesor postanowił odizolować małą grupkę ludzi wybranych starannie - tak by nie mieli oni żadnych prawie powiązań ze światem zewnętrznym. Bezdomnych, samotników, sieroty. Zwabił ich wizją wielkich pieniędzy. Najwyraźniej wystarczyło. Postanowił,że każdy osobnik zostanie odizolowany od reszty w zamkniętym pomieszczeniu. Każdy dostawał odpowiednie porcje doprawionych chemią posiłków i odpowiednią do efektu muzykę. Miał zamiar wywołać w tych ludziach umiejętność życia z jednym tylko uczuciem. Radości. Złości. Smutku. Apatii.

Właściwie nie było to trudne. Narkotyki wywoływały w pacjentach ogromną podatność na wpływy. Muzyka była dobrana odpowiednio, dla agresji szybka i ze zmiennym tempem. Dla apatii kojąca, wręcz usypiająca. Doktor sam spędzał ponad godzinę dziennie z każdym z pacjentów starając się wzbudzić uczucia, które potem zasymilują się z narkotykiem a jego głód dokona reszty. Pacjenci staną sie uzależnieni od przypisanych sobie uczuć. Po pierwszym tygodniu można było zobaczyć początkowe efekty, które dla ambitnego eksperymentatora okazały się wystarczającym powodem do kontynuacji. NIGDY nie zastanowił się czy proces będzie można odwrócić. Każdy zamknięty przez niego człowiek był "przypadkiem" i niczym więcej. Myśląc krótkofalowo nie zastanawiał się nawet jak tą sprawę zatuszować. Co wieczór wracał do swojego pokoiku na końcu korytarza i eksperymentował na sobie. Głównie przy użyciu LSD. I to go w rezultacie zgubiło.

Ale wcielmy się znów w role niewidzialnego ducha - obserwatora i obejrzyjmy rezultaty. Pokój z numerem jeden. Biała, oszklona tabliczka na drzwiach głosi : Pacjent Joanna D. - stan Apatyczny, funkcje życiowe w normie. Przeniknijmy przez drzwi by zobaczyć Joannę. Od dwóch tygodni nikt obiektów nie żywił. Nikt też nie wynosił śmieci. Tu jednak jest nieskazitelnie czysto. W rogu na stercie materaców leży sobie młoda kobieta. Jasne włosy opadają falami na twarz zasłaniając pole widzenia. Nie widać żadnego ruchu. Spomiędzy burzy włosów można dostrzec bystre, niebieskie oczy - tym bardziej widoczne na kontrastowym,białym tle całej twarzy. Wpatrzone tępo w jeden punkt na suficie. W okolicach genitaliów znajduje sie kilka różnego koloru plam najwyraźniej już zaschłych. Zapach tego miejsca odrzuca mimo ogólnego porządku. Toaleta stojąca może metr od lewej ręki obiektu jest czysta. Przez moment wydaje nam się,że ona za chwilę wstanie. Że to tylko żart. Przecież jest piękną kobietą. Na pewno ma w sobie siłę. Nie wiemy nawet czy jeszcze żyje...

Następny pokój następna tabliczka. Widać jakieś zamazane imię męskie i dopisek : radość. Wchodząc do pokoju zwracamy uwagę na dwie rzeczy. Pierwszą jest fakt, iż śnieżnobiałe ściany zostały pocięte w idealnie układający sie wzór uśmiechniętej buzi. Z daleka uśmiechy zlewają się przyciemniając tylko ogólny kolor ściany. Na środku stoi łóżko, na którym w kucki siedzi młody mężczyzna. Bardzo wychudzony,ale wydaje sie być w dobrej formie. A może to jego uśmiech nam to sugeruje ? Na pewno jest żywy, bo z zapamiętaniem rusza głową na boki. Nie przestaje się uśmiechać, mimo że jego oczy są szkliste. Przez chwile chcemy pośmiać się razem z nim i zastanawiamy się nad tym, co tu jest takie śmieszne? Ciągle z tym dziwnym uśmiechem pacjent podnosi głowę i patrzy prosto na nas. Lub na drzwi za nami. Po chwili wraca do swojego kiwania nie przestając się pod nosem uśmiechać.

Kolejny pokój, Weronika jest zła! Widzimy ją w przykucniętej, jakby gotowej do skoku pozie. Przypomina trochę kota. Zwężone oczy i wykrzywiona w dziwnym grymasie twarz sprawiają, że mimo tego, iż jest dość ładna chciałoby sie uciec stamtąd czym prędzej. Ma na sobie tak jak pozostali białe ubranie szpitalne. Spodnie i koszulkę na guziki. Całość poplamiona jest krwią. Jej długie niegdyś paznokcie są połamane. Na ścianach i drzwiach widać ich ślady. Musiała drapać godzinami nie zważając na własny ból. Udało jej się wyrwać kilka drzazg z drzwi, pozostawiając w nich malutkie dziurki. Włosy, które niegdyś opadały za prawe ucho zostały brutalnie wyrwane i walały się małymi kępkami po podłodze. Cała twarz była pełna malutkich podłużnych blizn. I te oczy. Brązowe, wydające sie kryć całą złość tego świata. A przecież to była naprawdę miła i spokojna osoba. Skąd wiemy ? Z karty wiszącej na drzwiach. Całkowite odwrócenie osobowości. Widać nieznaczny ruch, ostatnie zgrzytnięcie zębów i Weronika traci przytomność z wycieńczenia organizmu. Pada na twarz i zamiera w bezruchu. Przynajmniej teraz jest spokojna...

I ostatni pokój. Marcin K. - Smutek. Tym razem sam wystrój pokoju pozostaje nietknięty. Widać, że pacjent nie ruszał się zbyt wiele z miejsca. Marcin K. zdecydowanie nie żyje. Sądząc po plamach na pościeli niedaleko jego ogolonej na łyso głowy musiał płakać ponad tydzień. Co go tak zasmuciło? Jak bardzo musiał przywyknąć do takiego życia by nie chcieć nic z nim zrobić. Jego drobne teraz, odwodnione ramiona obejmowały głowę. Usta pół otwarte w błagalnym geście. Pomocy ? Może po prostu zauważenia. I do tego jeszcze otwarte na oścież okno, wychodzące na pustkowie. I deszcz. Płacz świata jego płacz zagłuszał. Człowiek tak potwornie smutny ,a jednocześnie przyjmujący smutek za normę. Nie w głowie mu były myśli samobójcze. Nie myślał o żyletkach i krwawych aniołach. Po co ukracać cierpienie będące podstawą życia ? Czy życie w ogóle może wyglądać inaczej ? Nie widział pozostałych pokoi.

Co się stało z doktorem ? Żaden z pacjentów nie wyszedł ze swojego pokoju. Nawet, jeśli by im sie to udało nie wyładowaliby złości na doktorze. Oni uznawali te uczucia za normę, nie mogli nikogo za nie obwiniać. Potrzebowali ich do życia jak narkotyku, od którego o wiele łatwiej przyszło im się odzwyczaić. Co się więc stało ? Nikt nie wyszedł z pokoju. Nikt inny nie przebywał w tym budynku. Tylko tych pięcioro ludzi. Czwórka pacjentów i on. Podczas jednej z licznych halucynacji, doktor zburzył klatkę schodową wyzwalając w sobie ogromną ilość siły. Jakby chcąc odciąć to piętro od świata. Stał tak chwilę obserwując dzieło zniszczenia. Swoje dzieło. Potem zaczął rzucać na resztki schodów wszystko, co było pod ręką. Szafy, stoły, krzesła. Gdy zabrakło już przedmiotów, a ciągle pozostawała spora szczelina - rzucił też siebie. Przeleciał na drugą stronę, stoczył się po schodach piętro niżej i legł u ich podnóża na pierwszym piętrze. Chciał być bogiem, teraz leżał na samym dole schodów, ręce i nogi rozrzucone na boki. Nie przypominał boga. Ani trochę. Po jakimś czasie wstał i ruszył w stronę okna. Był już prawie przy nim, gdy potknął się i zatoczył w stronę kaloryfera. Wywrócił śmietnik i popielniczkę i uderzył głową w grzejnik. Wystarczyło...

Może to ironia bogów. Podstawili mu nogę i ktoś teraz deszczem zagłuszyć chce histeryczny śmiech spomiędzy obłoków. Niektóre sekrety psychiki człowieka nigdy nie powinny zostać odkryte. Niektóre prawdy nigdy nie powinny zostać odnalezione. Niektóre rzeczy nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego.

A my jako duch, którego tak naprawdę nie ma powinniśmy natychmiast o tym zapomnieć. Otrząsnąć się jak ze snu i przemyć oczy pod kranem. Wychodząc z łazienki nie trafimy na ten korytarz. Oby.


Komentarze(2)   Skomentuj< poprzedni (Ciastko)  następny (Addict) >